28 kwietnia 2016

Bieg na granicy

Całkiem niedawno zaczęła się moja przygoda z bieganiem i tak mnie ta forma ruchu wciągnęła, że jeszcze w zeszłym roku nieśmiało planowałam, a raczej miałam cichą nadzieję, że w tym roku spróbuję wystartować w jakiś zorganizowanych zawodach dla amatorów.
Gdy już doszłam do 'progu' 10 km, i poczułam, że ten dystans mogę spokojnie pokonać, z wielkimi obawami zapisałam się na organizowany rokrocznie w naszym mieście Biegu Fiata. Odbędzie się końcem maja, więc jeszcze troszkę czasu, by podnieść swoją formę :)

Jednak los przyniósł mi małą niespodziankę.

Mąż po powrocie z Półmaratonu Żywieckiego zasugerował, bym wzięła udział w zbliżającym się Biegu Fortuna w Cieszynie. Impreza dobrze nam znana, bo już wielokrotnie braliśmy w niej udział. Oczywiście to mąż był tym aktywnym uczestnikiem zawodów, a ja z dziećmi jego towarzyszami i kibicami.
Dobrze wspominam te zawody od strony kibica. Zawsze piękna wiosenna pogoda, przepiękna okolica, fajna atmosfera i ludzie.

A tym razem miałam możliwość wziąć udział w zawodach jako zawodniczka ;) Mąż wziął na siebie opiekę nad maluchami, nasz transport na miejsce i oczywiście mobilizujący doping.


Przyznaję, że miałam spore obawy. Czy dam radę przebiec te 10 km bez żadnej niemiłej niespodzianki? Czy zdążę dbiec do mety przed limitem czasu? Bałam się, że wśród tylu bardziej doświadczonych biegaczy po prostu się ośmieszę.

Mąż zachęcał całym sercem, a i ja po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować i przeżyć ciekawą przygodę.
Treningowo przebiegniecie tych 10 km nie stanowiło już problemu, a i czasowo nie było źle.

Więc postanowione, próbuje już teraz. Żeby było mi raźniej do udziału w zawodach namówiłam kuzynkę, z która często trenuję. Postanowione, zapisane i opłacone. Pozostało nam czekać do tej godziny 'zero'. No może nie czekać bezczynnie, tylko bardziej aktywnie :)

Gdy miałyśmy gorszy dzień śmiałyśmy się, że w końcu ktoś musi bieg zakończyć, albo też miło będzie przejechać się samochodem z napisem "koniec biegu" :)

W końcu nadszedł ten dzień. Niezbyt sympatyczny, bo zimny i deszczowy. Lecz pogoda nam niestraszna, bo w każdej testowałyśmy naszą wytrzymałość.

Na szczęście w Cieszynie deszczu nie było, ale zimno i pochmurno,  - niespełna 5 stopni i wietrznie. Dla biegaczy pogoda idealna, dla kibiców już mniej. 

Po dotarciu na miejsce i odebraniu pakietu startowego, wyruszyliśmy do centrum miasta w poszukiwaniu zacisznej, a przede wszystkim ciepłej kawiarenki. Czasu do biegu sporo, a że zimno to trzeba było gdzieś ten czas przeczekać, szczególnie ze względu na dzieci. W końcu znaleźliśmy otwartą kawiarnię, tam każdy według uznania  ogrzał się albo przy gorącej czekoladzie, albo jak ja przy pokrzepiającej małej czarnej.  

Pół godziny przed startem z kuzynką wyruszyłyśmy truchtem (taka forma rozgrzewki) na spotkanie z przygodą, a mężów i rozbrykanych maluchów pozostawiliśmy na pastwę ciekawskich właścicielek lokalu :)

Jako, że my należymy do początkujących amatorów biegania, ustawiłyśmy się na starcie w przedziale czasowym 60 minut. Przody pozostawiliśmy zapaleńcom, ścigaczom i żądnym rywalizacji zawodnikom.

Ja nastawiłam się po prostu na przebiegnięcie tego dystansu, tak by bez słaniania się na nogach spokojnie dotrzeć na metę. Czas nie grał większej roli, choć nie ukrywam chciałam zmieścić się w godzinie. Stresu większego nie było, bo limit czasowy wynosił 75 minut. 

Ok, już wybiła dwunasta w południe, odliczanie i start.

Włączyłam pozytywne myślenie i ...pobiegłam swoim właściwym tempem. 
Obawiałam się, że otaczający mnie zawodnicy wpłyną na mnie jakoś tak 'dołująco', ale okazało się, ze wszyscy ustawieni na naszym sektorze biegli właśnie takim energicznym, ale nie za szybkim tempem.  

Biegłam sobie swoim rytmem, nie patrząc zupełnie na innych. Nie czułam presji, ani chęci udowodnienia innym, że mogę więcej. 

Po przebiegnięciu 5 kilometra dopadła mnie niewielka kolka, która niestety sprawiła, że musiałam nieco zwolnić. Na szczęście po mocnych wdechach i łyku wody kolka ustąpiła i już na 6 kilometrze poczułam się na tyle dobrze, że podkręciłam nieco tempo.
Potem,jak przeanalizowałam wyniki czasowe,to okazało się że w drugiej połowie biegłam zdecydowanie szybciej i przeskoczyłam o 20 miejsc do przodu :) 
Ale to nic, bo jak ja zaczynałam 6 kilometr to Kenijczycy (oczywiście!) wyprzedzali mnie i kończyli już swój bieg :) Wcale mnie to nie wprowadziło w zakłopotanie, a inni biegnący krzyczeli "Gdzie Ci się tak śpieszy?", "Przed kim tak uciekasz?" :)

Trasa sympatyczna, raczej płaska i świetnie zorganizowana. Pomocą było oznaczenie kilometrów - wiedziałam ile jeszcze przede mną. Do mety dotarłam w bardzo dobrej formie, bez mega zmęczenia i jak się miło okazało, to złamałam 59 minut. Tak wiem, dla większości to żaden wyczyn, ale dla mnie jak najbardziej. Pierwsze zawody i całkiem nieźle :)

Niestety zabrakło mi może około minuty, by "załapać" się na medal :( Jeden z organizatorów na mecie pocieszał mnie i zapewniał, że tylko przez ich winę zabrakło ok. 200 medali i obiecują przesłać brakujące medale pocztą. 
Cóż, to już nie to samo, jak dostać ów medal na szyję po przekroczeniu mety... No ale, przecież nie o to w tym wszystkim chodzi :)
Ogólnie, biegło się dobrze. Temperatura idealna, zawodnicy sympatyczni i kibice też. Pierwszy raz byłam po tej "drugiej stronie" i przyznaję, że udział w takiej imprezie jako zawodnik jest jeszcze fajniejszy.

Mężowie i maluchy żywo nam kibicowali. Mój starszy synek skandował "Mamy, mamy", a jak koło nich przebiegałam, to krzyknął "To moja mamusia!". Rozczuliło mnie to bardzo, a innych zawodników rozbawiło.


Po biegu zasłużony ciepły posiłek, pamiątkowe zdjęcie i szybciutko w powrotną drogę, bo dzieciaczki przemarznięte, zmęczone i głodne. A mężowie... zmęczeni!

Tylko ja się pytam, po czym?

31 marca 2016

Myśli mają moc


Ostatnio moje myśli często powracają do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy to taki sentyment spowodowany uciekającym czasem, czy może tęsknota za tym, co było, po prostu za wczesną młodością.

Oj nie, nie czuję się staro i chyba stara jeszcze nie jestem (!), ale co jakiś czas nachodzi mnie dziwna melancholia, a w mojej głowie kłębi się od szarych myśli. Wspomnień.

Oczywiście wiele tych wspomnień jest radosnych i kolorowych. Te staram się w sobie pielęgnować i utrwalać w pamięci tak, by towarzyszyły mi jak najdłużej. Do nich najczęściej wracam, gdy dopada mnie jakiś nieokreślony smutek i rezygnacja. To nimi się 'posilam', by stanąć na nogi, by móc dalej podążać. To te dobre wspomnienia są moją siłą w budowaniu dalszego życia. One mnie inspirują i nie pozwalają zapomnieć kim jestem i co sprawiło, że jestem tutaj, w tej określonej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że są i wspomnienia smutne, bolesne, takie o których nie chce się pamiętać. Które chętnie wymazałabym tak, jak gumką ołówek. Niestety tak się nie da i zdarza się i tak, że to one zaprzątają moje myśli. Tak cholernie natrętnie. Do łez.

Lecz staram im się nie poddawać. Nie pozwalam, by pogłębiały mój smutek, nie podcinały kruchych skrzydeł.  Walczę z nimi i próbuje ubrać je w bardziej kolorowe barwy. Nie mogę ich zapomnieć, bo i one ukształtowały mnie na swój własny sposób. Niejednokrotnie obrały kierunek, jakim podążałam i ukształtowały mocny charakter. Dziękuję im za to.

Nasze wspomnienia mają ogromną moc. Mogą nas budować, ale i niszczyć. Mogą sprawić, że będziemy ludźmi niezłomnymi, ale również niestabilnymi i kruchym jak szkło. Wspomnienia mogą nas ukształtować. Lecz mamy nad nimi władzę. To od nas zależy, czy poddamy się tym dobrym, czy tym złym. I czy te złe, raniące przemienimy w dobro.

Lata dzieciństwa i wczesnej młodości minęły bezpowrotnie. Już ich nie doświadczę i nie mam już na nie wpływu. Było, minęło. Czy czegoś żałuję? Być może jest kilka rzeczy, które chciałabym zmienić, być może naprawić, inaczej przeżyć chwile, które były w moim życiu znaczące. To tylko teoria. Teraz myślę tak, wtedy inaczej. Nie zawsze dało się postąpić inaczej, bo doświadczenie życia było mniejsze.

W ostatnim czasie spotkałam dawnych znajomych. Fajnie było powspominać tamte, jakże wydawałoby się odległe czasy. Każdemu z nich życie napisało inny, indywidualny scenariusz. Nie zawsze dobry i łaskawy. Tym, co wiodło się super i wróżyło się szczęśliwą przyszłość często zostali przez los okrutnie doświadczeni, a tym, co mieli ciągle pod górkę teraz wiedzie się bardzo dobrze.

Niejednokrotnie pytam - od czego to zależy? Oczywiście od wielu czynników. Ale myślę, że od tych naszych doświadczeń, tych dobrych i tych złych zależy bardzo dużo. A jeszcze więcej od wykorzystania naszych wspomnień nam ich temat.

14 marca 2016

"Niegrzeczne" dzieci

Gdy rodzi się nam dziecko, to zastanawiamy się do kogo jest podobne, w jego wyglądzie szukamy naszego noska lub oczu taty, a z czasem staramy się doszukać w nim naszych cech charakteru, bądź osobowości. I najczęściej, gdy maluch zrobi coś tak, a tak... mówimy - "Podał się na mnie", "Ma to po tobie".

A ja obserwując zachowanie swoich dzieci, mam zupełnie inne przemyślenia. Po prostu im zazdroszczę. Zazdroszczę im tego, że są tak otwarte na innych, na świat. Takie po prostu śmiałe i odważne, nie boją się ludzi, nie czują się przez nich oceniane i nie przejmują się ich opinią. Dzięki temu są wolne, niczym nie ograniczone. Biegają, krzyczą, są po dziecięcemu głośne. Tego dotkną, to wezmą do ręki, a tamto zrzucą...

Oczywiście nie każdemu się to podoba, bo śmiałe i wiedzące czego chcą dzieci to przecież według opinii większości - niegrzeczne i nieposłuszne dzieci. Właśnie takie. A takie dzieci to "skaranie boskie". 
Takie dzieci, to utrapienie nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla tych, co przebywają z nimi tylko kilka chwil. Takie dzieci, są po prostu niewychowane, rodzice na wszystko im pozwalają i na pewno nie wyrośnie z nich nic dobrego...

Takie są moje dzieci. Żywe, ekspresyjne, pełne pomysłów. Same wiedzą czego chcą, a nie spełniają zachcianek innych. Gdy chcą coś powiedzieć, to mówią, gdy na coś się nie zgadzają, to krzyczą głośno "nie", a nie dla świętego spokoju zgadzają się na coś, co im nie pasuje. I właśnie tego im zazdroszczę.

Ja byłam zupełnie innym dzieckiem. Pierwszą i dominującą cechą była nieśmiałość. Cicha, pokorna, zawsze zgadzająca się z innymi. Nie umiałam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, nawet, że coś mnie boli, bo nie chciałam nikogo martwić, albo smucić. Uczucia i zachcianki innych były zawsze ważniejsze od moich. 

Taka zawsze "cholernie" grzeczna, nie sprawiająca problemów. Ideał dziecka. Idealne dziecko w wychowaniu. A ja się pytam, czyżby?

Fakt, spokojne i ciche dziecko nie sprawia problemów wychowawczych rodzicom i nauczycielom, jest takie "proste w obsłudze". Ale czy dla dziecka fajnie jest być właśnie takim? Może mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko być takim nieśmiałym człowieczkiem. Ile lęku  sprawia każde spotkanie i zwykła wymiana zdań z rówieśnikami, a tym bardziej z dorosłymi. Ileż odwagi poprzedzonej ogromnym stresem potrzeba, by wziąć udział w zwykłej dziecięcej zabawie. A te myśli? Ciągle czuje się ocenianym, jak ktoś się śmieje, to na pewno ze mnie. Ze wszystkim trzeba radzić sobie samemu, bo przecież nie ma się odwagi nikogo prosić o pomoc. Wieczne udręki. Wiecznie natrętne myśli.

Czasem się mówi, że z nieśmiałości się wyrasta, a to nie zupełnie tak jest. Owszem, można ją na pewien sposób oswoić, wypracować pewne schematy, które pozwolą na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale tak naprawdę nigdy z nieśmiałością się nie rozstaniemy. Niestety wiem to z doświadczenia. Dalej stresuje mnie wiele sytuacji, które dla innych są takie naturalne i zwyczajne. Oczywiście, ciągle czuję się oceniania przez innych. Mam świadomość tego, że już zawsze będę czuć się kimś gorszym i mniej znaczącym od innych, że cokolwiek zrobię i co osiągnę, to i tak nie będzie miało istotnego znaczenia. Bo nieśmiałość, to również zaniżona samoocena, której nic i nikt nie zdoła pokonać. Tak to już jest.

Dlatego cieszę się, że moi chłopcy są zupełnie inni. Że ich osobowość nie jest "zatruta" męczącą nieśmiałością. Bo wiem, jak ciężko z nią żyć, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. 
Może łatwiej mieć w domu spokoje i ciche dziecko, ale ja wolę właśnie takie "niespokojne" i głośne, bo choć wymaga ono większego nakładu pracy i potrzebuje większej uwagi, to wiem, że w życiu będzie mu zdecydowanie łatwiej. 

I coraz częściej puszczam mimo uszu słowa innych, którzy twierdzą, że moje dzieci są "niegrzeczne". I co z tego? Ja po prostu uważam, że takich dzieci nie ma, a jak są to im po prostu współczuję.

23 lutego 2016

Być bratem!

Kilka miesięcy temu w naszej rodzinie miała miejsce nietypowa uroczystość. Nietypowa, nie znaczy, że niespotykana, ale że taka na swój sposób oryginalna. Były to wspólne urodziny moich synków. Tak się złożyło, że przyszli na świat tego samego dnia i miesiąca. A dzieli ich dokładnie 3 lata.
Starszy obchodził swoje czwarte urodziny, a ten młodszy swoje pierwsze.
Tak patrząc na tą dwójkę roześmianych dzieciaczków uświadomiłam sobie, że płynie w nich ta sama krew, że tak wiele ich łączy i że z chwilą narodzin ich życie niejako połączone zostało braterską nicią.

Pamiętam swoje rozterki, jak to będzie, gdy w rodzinie pojawi się drugi szkrab, a pierworodny będzie miał rodzeństwo. Oczywiście już będąc w ciąży przygotowywaliśmy starszego synka na przyjście braciszka na świat. Na swój dziecięcy sposób przyswajał sobie, jak to będzie i jaką rolę odegra jako starszy brat.

Początki były różne. I różnie jest dzisiaj. Ale ja jestem pełna podziwu dla starszaka, który bez problemu odnalazł się w nowej sytuacji. Przecież nie łatwo być starszym bratem, w dodatku jak ma się tak mało lat.

Być starszym bratem oznacza wiele, już nie jestem sam, ale jest ktoś. Ten drugi. Ten ktoś zabiera mi uwagę mamy i taty, ten ktoś zabiera mi to, co wcześniej tylko do mnie należało. Muszę nauczyć się dzielić, a to nie takie łatwe. Ten ktoś tak mało jeszcze potrafi, a jeszcze mniej rozumie. Ja go nie rozumiem wcale, ale staram się jak mogę.

Ale tak naprawdę nie straciłem nic, za to zyskałem wiele. Przede wszystkim zyskałem kompana do zabawy, już nie muszę zadręczać rodziców, by się ze mną pobawili, choć nie ukrywam, że zabawa z nimi to o wiele lepsza frajda, niż z tym małym nic nierozumiejącym bratem. Ale wiem, że to się kiedyś zmieni. Już i tak jest lepiej, niż kilka miesięcy temu.

Muszę przyznać, że ten mój młodszy brat uczy mnie wiele. Umiem dzielić się zabawkami, jestem bardziej cierpliwy, a co najfajniejsze on jest wpatrzony we mnie, jak w obrazek. Jestem dla niego takim idolem. Mama mówi, że on uczy się ode mnie i to chyba prawda, bo naśladuje mnie we wszystkim.
Choć jest taki nierozgarnięty i nie potrafi jeszcze mówić, to doskonale czuje się w moim towarzystwie, tęskni za mną, jak jestem w przedszkolu. Pomimo znacznej różnicy wieku trzymamy się razem. Śmiejemy się z tego samego, kłócimy się o to samo i tak samo kochamy swoich rodziców.

Tak naprawdę dobrze mieć rodzeństwo. A najfajniej mieć brata. To taka cząstka mnie samego. Myślę, że w przyszłości zawsze będziemy mogli na siebie liczyć, bez względu na to, co się wydarzy i kto stanie na naszej drodze.
Jesteśmy dla siebie ważni. Nie istotne są kłótnie i różnice zdań. Nie istotne, że on, choć tak bardzo do mnie podobny jest jednak całkiem różny. Jest po prostu inny niż ja, ale płynie w nas ta sama krew.
Najważniejsze, że oprócz rodziców mamy siebie. Na dobre i na złe.
Nikt nie zrozumie mnie tak, jak właśnie on. Łączy nas przecież ta tajemnicza nić, te same doświadczenia wynikające ze wzrastania w tej samej rodzinie. To może nic, a może tak bardzo wiele.

Jako mama cieszę się, że moje dzieci mają siebie nawzajem. I choć nierzadko dochodzi do małych kłótni i bójek, to wiem, że i tak bardzo się lubią a wręcz przepadają za sobą. Uczą się od siebie bardzo wiele, ale myślę, że przede wszystkim miłości.

15 lutego 2016

Bieganie? Ja? Nigdy w życiu!

Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby nigdy nie mówić 'nigdy'. Cóż, chyba miał rację, bo jak się przekonałam życie nasze niesie różne niespodzianki i nieraz potrafi nas zaskoczyć. Zupełnie tak, jak my sami siebie nieraz zaskakujemy.

Podzielę się z Wami moją pasją, jaką stało się bieganie. Zwykła rzecz, nic specjalnego, a jednak... Coś w tym bieganiu musi być skoro tylu entuzjastów tego sportu przybywa.

Nie wiem, czy mogę i czy wypada mi nazwać się typem sportowca, ale sport i ruch zawsze były nieodłączną częścią mojego życia. Rożnego rodzaju fitness, pilates, to rower, pływanie i przeróżne formy sportu na świeżym powietrzu towarzyszyły mi niemal codziennie. Ale bieganie? Nigdy w życiu! To była taka dyscyplina, przed którą wzbraniałam się rękoma i nogami.

Z politowaniem patrzyłam na biegaczy i zastanawiam się, co oni w tym bezcelowym bieganiu widzą. Po co się tak męczą, a te kontuzje? Po co im to wszystko? Najzabawniejsze, iż mój mąż, stary wyjadacz tematu przez tyleż lat znajomości i małżeństwa nie mógł mi nic z tych rzeczy wytłumaczyć, a co gorsza przekonać do tego, bym choć raz spróbowała...

Przełomem stały się letnie treningi dla mam, chcących wrócić do formy po ciąży. Ucieszyłam się, że z inicjatywy mojej dawnej koleżanki została powołana do życia taka fajna grupa, bo wiadomo, co jak co, ale w grupie raźniej a i motywacja większa. Jedyna rzecz jaka mnie przerażala to właśnie biegi. To one, jak się okazało miały być tematem przewodnim owych treningów...

Ale nie poddawałam się. Trenowałam systematycznie, zmagałam się z ogarniającym mnie nieraz mocnym przemęczeniem, walczyłam z bólem i nieraz miałam po prostu dość...
Minął miesiąc, a ja zauważyłam znaczące zmiany. Bóle powoli ustępowały, mięśnie się wzmocniły, kondycja i wytrzymałość wzrosły. Przebiegniecie 5 km nie stanowiło większych  problemów. A co najważniejsze, zaangażowałam się nie na żarty. Dzień bez treningu, to dzień stracony. A nogi same chciały biegać!  

Dziś mija niespełna 8 miesięcy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z bieganiem. Biegam sama lub z kuzynka, którą sama zachęciłam do tej formy ruchu. Już nie bolą mnie mięśnie, nie mam zadyszki, zwiększyłam swój dystans do 8-10 km, być może to niewiele, ale dla mnie to ogromny osobisty sukces.
Pokonałam siebie, swoje słabości i niechęć do biegania :) Niestraszna mi pogoda - śnieg czy deszcz nie mają znaczenia i nie są przeszkodą, by wyjść na trening.
Już nie dziwię się biegaczom, po co to robią, lecz zrozumiałam w końcu o co w tym bieganiu chodzi i co daje.

No właśnie, co mi bieganie daje? Bardzo dużo.
Nie będę się rozpisywać o fizycznych korzyściach, o nich chyba każdy słyszał, ale że bieganie sprawia tak wiele radości i dosłownie uzależnia, to już trzeba mocno zaznaczyć :)
Dzięki bieganiu zmieniło się nie tylko moje ciało, ale także psychika. Jest 'mocniejsza', bardziej odporna na wszelakie zawirowania życia.
Poza tym bieganie wzmacnia nasze dobre nawyki, jak samodyscyplinę, motywację, efektywne zarządzanie czasem, niezłomne dążenie do wytyczonego celu.
Korzyści z biegania jest o wiele więcej. Każdy biegacz odkrywa swoje i każdy biegacz ma inne motywacje, by biegać. Wszystkie są słuszne.
 
I nie ważne,  czy biegamy kilka miesięcy, czy kilkanaście lat, czy biegamy wolno, czy szybko, czy robimy to po to, by schudnąć, czy biegamy, by startować w maratonach, czy tylko dla własnej przyjemności...
Ważne, że robimy w życiu, to co kochamy. I najważniejsze, że nie poddajemy się gdy robi się pod górkę, lecz idziemy do przodu. Tak powinno być z każdą naszą pasją, nie tylko bieganiem.

Ja tymczasem spokojnie wracam do zdrowia...i baaardzo tęsknię za bieganiem. Już nie mogę się doczekać, jak założę buty i wyjdę na trening. A za kilka miesięcy (mam nadzieję) stanę po raz pierwszy na linii startu zorganizowanych zawodów. To taki mały sprawdzian i niejako prezent za wysiłek, jaki włożyłam, by dołączyć do elitarnej grupy biegaczy :)

Bieg na granicy

Całkiem niedawno zaczęła się moja przygoda z bieganiem i tak mnie ta forma ruchu wciągnęła, że jeszcze w zeszłym roku nieśmiało planowałam, a raczej miałam cichą nadzieję, że w tym roku spróbuję wystartować w jakiś zorganizowanych zawodach dla amatorów.
Gdy już doszłam do 'progu' 10 km, i poczułam, że ten dystans mogę spokojnie pokonać, z wielkimi obawami zapisałam się na organizowany rokrocznie w naszym mieście Biegu Fiata. Odbędzie się końcem maja, więc jeszcze troszkę czasu, by podnieść swoją formę :)

Jednak los przyniósł mi małą niespodziankę.

Mąż po powrocie z Półmaratonu Żywieckiego zasugerował, bym wzięła udział w zbliżającym się Biegu Fortuna w Cieszynie. Impreza dobrze nam znana, bo już wielokrotnie braliśmy w niej udział. Oczywiście to mąż był tym aktywnym uczestnikiem zawodów, a ja z dziećmi jego towarzyszami i kibicami.
Dobrze wspominam te zawody od strony kibica. Zawsze piękna wiosenna pogoda, przepiękna okolica, fajna atmosfera i ludzie.

A tym razem miałam możliwość wziąć udział w zawodach jako zawodniczka ;) Mąż wziął na siebie opiekę nad maluchami, nasz transport na miejsce i oczywiście mobilizujący doping.


Przyznaję, że miałam spore obawy. Czy dam radę przebiec te 10 km bez żadnej niemiłej niespodzianki? Czy zdążę dbiec do mety przed limitem czasu? Bałam się, że wśród tylu bardziej doświadczonych biegaczy po prostu się ośmieszę.

Mąż zachęcał całym sercem, a i ja po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować i przeżyć ciekawą przygodę.
Treningowo przebiegniecie tych 10 km nie stanowiło już problemu, a i czasowo nie było źle.

Więc postanowione, próbuje już teraz. Żeby było mi raźniej do udziału w zawodach namówiłam kuzynkę, z która często trenuję. Postanowione, zapisane i opłacone. Pozostało nam czekać do tej godziny 'zero'. No może nie czekać bezczynnie, tylko bardziej aktywnie :)

Gdy miałyśmy gorszy dzień śmiałyśmy się, że w końcu ktoś musi bieg zakończyć, albo też miło będzie przejechać się samochodem z napisem "koniec biegu" :)

W końcu nadszedł ten dzień. Niezbyt sympatyczny, bo zimny i deszczowy. Lecz pogoda nam niestraszna, bo w każdej testowałyśmy naszą wytrzymałość.

Na szczęście w Cieszynie deszczu nie było, ale zimno i pochmurno,  - niespełna 5 stopni i wietrznie. Dla biegaczy pogoda idealna, dla kibiców już mniej. 

Po dotarciu na miejsce i odebraniu pakietu startowego, wyruszyliśmy do centrum miasta w poszukiwaniu zacisznej, a przede wszystkim ciepłej kawiarenki. Czasu do biegu sporo, a że zimno to trzeba było gdzieś ten czas przeczekać, szczególnie ze względu na dzieci. W końcu znaleźliśmy otwartą kawiarnię, tam każdy według uznania  ogrzał się albo przy gorącej czekoladzie, albo jak ja przy pokrzepiającej małej czarnej.  

Pół godziny przed startem z kuzynką wyruszyłyśmy truchtem (taka forma rozgrzewki) na spotkanie z przygodą, a mężów i rozbrykanych maluchów pozostawiliśmy na pastwę ciekawskich właścicielek lokalu :)

Jako, że my należymy do początkujących amatorów biegania, ustawiłyśmy się na starcie w przedziale czasowym 60 minut. Przody pozostawiliśmy zapaleńcom, ścigaczom i żądnym rywalizacji zawodnikom.

Ja nastawiłam się po prostu na przebiegnięcie tego dystansu, tak by bez słaniania się na nogach spokojnie dotrzeć na metę. Czas nie grał większej roli, choć nie ukrywam chciałam zmieścić się w godzinie. Stresu większego nie było, bo limit czasowy wynosił 75 minut. 

Ok, już wybiła dwunasta w południe, odliczanie i start.

Włączyłam pozytywne myślenie i ...pobiegłam swoim właściwym tempem. 
Obawiałam się, że otaczający mnie zawodnicy wpłyną na mnie jakoś tak 'dołująco', ale okazało się, ze wszyscy ustawieni na naszym sektorze biegli właśnie takim energicznym, ale nie za szybkim tempem.  

Biegłam sobie swoim rytmem, nie patrząc zupełnie na innych. Nie czułam presji, ani chęci udowodnienia innym, że mogę więcej. 

Po przebiegnięciu 5 kilometra dopadła mnie niewielka kolka, która niestety sprawiła, że musiałam nieco zwolnić. Na szczęście po mocnych wdechach i łyku wody kolka ustąpiła i już na 6 kilometrze poczułam się na tyle dobrze, że podkręciłam nieco tempo.
Potem,jak przeanalizowałam wyniki czasowe,to okazało się że w drugiej połowie biegłam zdecydowanie szybciej i przeskoczyłam o 20 miejsc do przodu :) 
Ale to nic, bo jak ja zaczynałam 6 kilometr to Kenijczycy (oczywiście!) wyprzedzali mnie i kończyli już swój bieg :) Wcale mnie to nie wprowadziło w zakłopotanie, a inni biegnący krzyczeli "Gdzie Ci się tak śpieszy?", "Przed kim tak uciekasz?" :)

Trasa sympatyczna, raczej płaska i świetnie zorganizowana. Pomocą było oznaczenie kilometrów - wiedziałam ile jeszcze przede mną. Do mety dotarłam w bardzo dobrej formie, bez mega zmęczenia i jak się miło okazało, to złamałam 59 minut. Tak wiem, dla większości to żaden wyczyn, ale dla mnie jak najbardziej. Pierwsze zawody i całkiem nieźle :)

Niestety zabrakło mi może około minuty, by "załapać" się na medal :( Jeden z organizatorów na mecie pocieszał mnie i zapewniał, że tylko przez ich winę zabrakło ok. 200 medali i obiecują przesłać brakujące medale pocztą. 
Cóż, to już nie to samo, jak dostać ów medal na szyję po przekroczeniu mety... No ale, przecież nie o to w tym wszystkim chodzi :)
Ogólnie, biegło się dobrze. Temperatura idealna, zawodnicy sympatyczni i kibice też. Pierwszy raz byłam po tej "drugiej stronie" i przyznaję, że udział w takiej imprezie jako zawodnik jest jeszcze fajniejszy.

Mężowie i maluchy żywo nam kibicowali. Mój starszy synek skandował "Mamy, mamy", a jak koło nich przebiegałam, to krzyknął "To moja mamusia!". Rozczuliło mnie to bardzo, a innych zawodników rozbawiło.


Po biegu zasłużony ciepły posiłek, pamiątkowe zdjęcie i szybciutko w powrotną drogę, bo dzieciaczki przemarznięte, zmęczone i głodne. A mężowie... zmęczeni!

Tylko ja się pytam, po czym?

Myśli mają moc


Ostatnio moje myśli często powracają do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy to taki sentyment spowodowany uciekającym czasem, czy może tęsknota za tym, co było, po prostu za wczesną młodością.

Oj nie, nie czuję się staro i chyba stara jeszcze nie jestem (!), ale co jakiś czas nachodzi mnie dziwna melancholia, a w mojej głowie kłębi się od szarych myśli. Wspomnień.

Oczywiście wiele tych wspomnień jest radosnych i kolorowych. Te staram się w sobie pielęgnować i utrwalać w pamięci tak, by towarzyszyły mi jak najdłużej. Do nich najczęściej wracam, gdy dopada mnie jakiś nieokreślony smutek i rezygnacja. To nimi się 'posilam', by stanąć na nogi, by móc dalej podążać. To te dobre wspomnienia są moją siłą w budowaniu dalszego życia. One mnie inspirują i nie pozwalają zapomnieć kim jestem i co sprawiło, że jestem tutaj, w tej określonej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że są i wspomnienia smutne, bolesne, takie o których nie chce się pamiętać. Które chętnie wymazałabym tak, jak gumką ołówek. Niestety tak się nie da i zdarza się i tak, że to one zaprzątają moje myśli. Tak cholernie natrętnie. Do łez.

Lecz staram im się nie poddawać. Nie pozwalam, by pogłębiały mój smutek, nie podcinały kruchych skrzydeł.  Walczę z nimi i próbuje ubrać je w bardziej kolorowe barwy. Nie mogę ich zapomnieć, bo i one ukształtowały mnie na swój własny sposób. Niejednokrotnie obrały kierunek, jakim podążałam i ukształtowały mocny charakter. Dziękuję im za to.

Nasze wspomnienia mają ogromną moc. Mogą nas budować, ale i niszczyć. Mogą sprawić, że będziemy ludźmi niezłomnymi, ale również niestabilnymi i kruchym jak szkło. Wspomnienia mogą nas ukształtować. Lecz mamy nad nimi władzę. To od nas zależy, czy poddamy się tym dobrym, czy tym złym. I czy te złe, raniące przemienimy w dobro.

Lata dzieciństwa i wczesnej młodości minęły bezpowrotnie. Już ich nie doświadczę i nie mam już na nie wpływu. Było, minęło. Czy czegoś żałuję? Być może jest kilka rzeczy, które chciałabym zmienić, być może naprawić, inaczej przeżyć chwile, które były w moim życiu znaczące. To tylko teoria. Teraz myślę tak, wtedy inaczej. Nie zawsze dało się postąpić inaczej, bo doświadczenie życia było mniejsze.

W ostatnim czasie spotkałam dawnych znajomych. Fajnie było powspominać tamte, jakże wydawałoby się odległe czasy. Każdemu z nich życie napisało inny, indywidualny scenariusz. Nie zawsze dobry i łaskawy. Tym, co wiodło się super i wróżyło się szczęśliwą przyszłość często zostali przez los okrutnie doświadczeni, a tym, co mieli ciągle pod górkę teraz wiedzie się bardzo dobrze.

Niejednokrotnie pytam - od czego to zależy? Oczywiście od wielu czynników. Ale myślę, że od tych naszych doświadczeń, tych dobrych i tych złych zależy bardzo dużo. A jeszcze więcej od wykorzystania naszych wspomnień nam ich temat.

"Niegrzeczne" dzieci

Gdy rodzi się nam dziecko, to zastanawiamy się do kogo jest podobne, w jego wyglądzie szukamy naszego noska lub oczu taty, a z czasem staramy się doszukać w nim naszych cech charakteru, bądź osobowości. I najczęściej, gdy maluch zrobi coś tak, a tak... mówimy - "Podał się na mnie", "Ma to po tobie".

A ja obserwując zachowanie swoich dzieci, mam zupełnie inne przemyślenia. Po prostu im zazdroszczę. Zazdroszczę im tego, że są tak otwarte na innych, na świat. Takie po prostu śmiałe i odważne, nie boją się ludzi, nie czują się przez nich oceniane i nie przejmują się ich opinią. Dzięki temu są wolne, niczym nie ograniczone. Biegają, krzyczą, są po dziecięcemu głośne. Tego dotkną, to wezmą do ręki, a tamto zrzucą...

Oczywiście nie każdemu się to podoba, bo śmiałe i wiedzące czego chcą dzieci to przecież według opinii większości - niegrzeczne i nieposłuszne dzieci. Właśnie takie. A takie dzieci to "skaranie boskie". 
Takie dzieci, to utrapienie nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla tych, co przebywają z nimi tylko kilka chwil. Takie dzieci, są po prostu niewychowane, rodzice na wszystko im pozwalają i na pewno nie wyrośnie z nich nic dobrego...

Takie są moje dzieci. Żywe, ekspresyjne, pełne pomysłów. Same wiedzą czego chcą, a nie spełniają zachcianek innych. Gdy chcą coś powiedzieć, to mówią, gdy na coś się nie zgadzają, to krzyczą głośno "nie", a nie dla świętego spokoju zgadzają się na coś, co im nie pasuje. I właśnie tego im zazdroszczę.

Ja byłam zupełnie innym dzieckiem. Pierwszą i dominującą cechą była nieśmiałość. Cicha, pokorna, zawsze zgadzająca się z innymi. Nie umiałam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, nawet, że coś mnie boli, bo nie chciałam nikogo martwić, albo smucić. Uczucia i zachcianki innych były zawsze ważniejsze od moich. 

Taka zawsze "cholernie" grzeczna, nie sprawiająca problemów. Ideał dziecka. Idealne dziecko w wychowaniu. A ja się pytam, czyżby?

Fakt, spokojne i ciche dziecko nie sprawia problemów wychowawczych rodzicom i nauczycielom, jest takie "proste w obsłudze". Ale czy dla dziecka fajnie jest być właśnie takim? Może mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko być takim nieśmiałym człowieczkiem. Ile lęku  sprawia każde spotkanie i zwykła wymiana zdań z rówieśnikami, a tym bardziej z dorosłymi. Ileż odwagi poprzedzonej ogromnym stresem potrzeba, by wziąć udział w zwykłej dziecięcej zabawie. A te myśli? Ciągle czuje się ocenianym, jak ktoś się śmieje, to na pewno ze mnie. Ze wszystkim trzeba radzić sobie samemu, bo przecież nie ma się odwagi nikogo prosić o pomoc. Wieczne udręki. Wiecznie natrętne myśli.

Czasem się mówi, że z nieśmiałości się wyrasta, a to nie zupełnie tak jest. Owszem, można ją na pewien sposób oswoić, wypracować pewne schematy, które pozwolą na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale tak naprawdę nigdy z nieśmiałością się nie rozstaniemy. Niestety wiem to z doświadczenia. Dalej stresuje mnie wiele sytuacji, które dla innych są takie naturalne i zwyczajne. Oczywiście, ciągle czuję się oceniania przez innych. Mam świadomość tego, że już zawsze będę czuć się kimś gorszym i mniej znaczącym od innych, że cokolwiek zrobię i co osiągnę, to i tak nie będzie miało istotnego znaczenia. Bo nieśmiałość, to również zaniżona samoocena, której nic i nikt nie zdoła pokonać. Tak to już jest.

Dlatego cieszę się, że moi chłopcy są zupełnie inni. Że ich osobowość nie jest "zatruta" męczącą nieśmiałością. Bo wiem, jak ciężko z nią żyć, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. 
Może łatwiej mieć w domu spokoje i ciche dziecko, ale ja wolę właśnie takie "niespokojne" i głośne, bo choć wymaga ono większego nakładu pracy i potrzebuje większej uwagi, to wiem, że w życiu będzie mu zdecydowanie łatwiej. 

I coraz częściej puszczam mimo uszu słowa innych, którzy twierdzą, że moje dzieci są "niegrzeczne". I co z tego? Ja po prostu uważam, że takich dzieci nie ma, a jak są to im po prostu współczuję.

Być bratem!

Kilka miesięcy temu w naszej rodzinie miała miejsce nietypowa uroczystość. Nietypowa, nie znaczy, że niespotykana, ale że taka na swój sposób oryginalna. Były to wspólne urodziny moich synków. Tak się złożyło, że przyszli na świat tego samego dnia i miesiąca. A dzieli ich dokładnie 3 lata.
Starszy obchodził swoje czwarte urodziny, a ten młodszy swoje pierwsze.
Tak patrząc na tą dwójkę roześmianych dzieciaczków uświadomiłam sobie, że płynie w nich ta sama krew, że tak wiele ich łączy i że z chwilą narodzin ich życie niejako połączone zostało braterską nicią.

Pamiętam swoje rozterki, jak to będzie, gdy w rodzinie pojawi się drugi szkrab, a pierworodny będzie miał rodzeństwo. Oczywiście już będąc w ciąży przygotowywaliśmy starszego synka na przyjście braciszka na świat. Na swój dziecięcy sposób przyswajał sobie, jak to będzie i jaką rolę odegra jako starszy brat.

Początki były różne. I różnie jest dzisiaj. Ale ja jestem pełna podziwu dla starszaka, który bez problemu odnalazł się w nowej sytuacji. Przecież nie łatwo być starszym bratem, w dodatku jak ma się tak mało lat.

Być starszym bratem oznacza wiele, już nie jestem sam, ale jest ktoś. Ten drugi. Ten ktoś zabiera mi uwagę mamy i taty, ten ktoś zabiera mi to, co wcześniej tylko do mnie należało. Muszę nauczyć się dzielić, a to nie takie łatwe. Ten ktoś tak mało jeszcze potrafi, a jeszcze mniej rozumie. Ja go nie rozumiem wcale, ale staram się jak mogę.

Ale tak naprawdę nie straciłem nic, za to zyskałem wiele. Przede wszystkim zyskałem kompana do zabawy, już nie muszę zadręczać rodziców, by się ze mną pobawili, choć nie ukrywam, że zabawa z nimi to o wiele lepsza frajda, niż z tym małym nic nierozumiejącym bratem. Ale wiem, że to się kiedyś zmieni. Już i tak jest lepiej, niż kilka miesięcy temu.

Muszę przyznać, że ten mój młodszy brat uczy mnie wiele. Umiem dzielić się zabawkami, jestem bardziej cierpliwy, a co najfajniejsze on jest wpatrzony we mnie, jak w obrazek. Jestem dla niego takim idolem. Mama mówi, że on uczy się ode mnie i to chyba prawda, bo naśladuje mnie we wszystkim.
Choć jest taki nierozgarnięty i nie potrafi jeszcze mówić, to doskonale czuje się w moim towarzystwie, tęskni za mną, jak jestem w przedszkolu. Pomimo znacznej różnicy wieku trzymamy się razem. Śmiejemy się z tego samego, kłócimy się o to samo i tak samo kochamy swoich rodziców.

Tak naprawdę dobrze mieć rodzeństwo. A najfajniej mieć brata. To taka cząstka mnie samego. Myślę, że w przyszłości zawsze będziemy mogli na siebie liczyć, bez względu na to, co się wydarzy i kto stanie na naszej drodze.
Jesteśmy dla siebie ważni. Nie istotne są kłótnie i różnice zdań. Nie istotne, że on, choć tak bardzo do mnie podobny jest jednak całkiem różny. Jest po prostu inny niż ja, ale płynie w nas ta sama krew.
Najważniejsze, że oprócz rodziców mamy siebie. Na dobre i na złe.
Nikt nie zrozumie mnie tak, jak właśnie on. Łączy nas przecież ta tajemnicza nić, te same doświadczenia wynikające ze wzrastania w tej samej rodzinie. To może nic, a może tak bardzo wiele.

Jako mama cieszę się, że moje dzieci mają siebie nawzajem. I choć nierzadko dochodzi do małych kłótni i bójek, to wiem, że i tak bardzo się lubią a wręcz przepadają za sobą. Uczą się od siebie bardzo wiele, ale myślę, że przede wszystkim miłości.

Bieganie? Ja? Nigdy w życiu!

Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby nigdy nie mówić 'nigdy'. Cóż, chyba miał rację, bo jak się przekonałam życie nasze niesie różne niespodzianki i nieraz potrafi nas zaskoczyć. Zupełnie tak, jak my sami siebie nieraz zaskakujemy.

Podzielę się z Wami moją pasją, jaką stało się bieganie. Zwykła rzecz, nic specjalnego, a jednak... Coś w tym bieganiu musi być skoro tylu entuzjastów tego sportu przybywa.

Nie wiem, czy mogę i czy wypada mi nazwać się typem sportowca, ale sport i ruch zawsze były nieodłączną częścią mojego życia. Rożnego rodzaju fitness, pilates, to rower, pływanie i przeróżne formy sportu na świeżym powietrzu towarzyszyły mi niemal codziennie. Ale bieganie? Nigdy w życiu! To była taka dyscyplina, przed którą wzbraniałam się rękoma i nogami.

Z politowaniem patrzyłam na biegaczy i zastanawiam się, co oni w tym bezcelowym bieganiu widzą. Po co się tak męczą, a te kontuzje? Po co im to wszystko? Najzabawniejsze, iż mój mąż, stary wyjadacz tematu przez tyleż lat znajomości i małżeństwa nie mógł mi nic z tych rzeczy wytłumaczyć, a co gorsza przekonać do tego, bym choć raz spróbowała...

Przełomem stały się letnie treningi dla mam, chcących wrócić do formy po ciąży. Ucieszyłam się, że z inicjatywy mojej dawnej koleżanki została powołana do życia taka fajna grupa, bo wiadomo, co jak co, ale w grupie raźniej a i motywacja większa. Jedyna rzecz jaka mnie przerażala to właśnie biegi. To one, jak się okazało miały być tematem przewodnim owych treningów...

Ale nie poddawałam się. Trenowałam systematycznie, zmagałam się z ogarniającym mnie nieraz mocnym przemęczeniem, walczyłam z bólem i nieraz miałam po prostu dość...
Minął miesiąc, a ja zauważyłam znaczące zmiany. Bóle powoli ustępowały, mięśnie się wzmocniły, kondycja i wytrzymałość wzrosły. Przebiegniecie 5 km nie stanowiło większych  problemów. A co najważniejsze, zaangażowałam się nie na żarty. Dzień bez treningu, to dzień stracony. A nogi same chciały biegać!  

Dziś mija niespełna 8 miesięcy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z bieganiem. Biegam sama lub z kuzynka, którą sama zachęciłam do tej formy ruchu. Już nie bolą mnie mięśnie, nie mam zadyszki, zwiększyłam swój dystans do 8-10 km, być może to niewiele, ale dla mnie to ogromny osobisty sukces.
Pokonałam siebie, swoje słabości i niechęć do biegania :) Niestraszna mi pogoda - śnieg czy deszcz nie mają znaczenia i nie są przeszkodą, by wyjść na trening.
Już nie dziwię się biegaczom, po co to robią, lecz zrozumiałam w końcu o co w tym bieganiu chodzi i co daje.

No właśnie, co mi bieganie daje? Bardzo dużo.
Nie będę się rozpisywać o fizycznych korzyściach, o nich chyba każdy słyszał, ale że bieganie sprawia tak wiele radości i dosłownie uzależnia, to już trzeba mocno zaznaczyć :)
Dzięki bieganiu zmieniło się nie tylko moje ciało, ale także psychika. Jest 'mocniejsza', bardziej odporna na wszelakie zawirowania życia.
Poza tym bieganie wzmacnia nasze dobre nawyki, jak samodyscyplinę, motywację, efektywne zarządzanie czasem, niezłomne dążenie do wytyczonego celu.
Korzyści z biegania jest o wiele więcej. Każdy biegacz odkrywa swoje i każdy biegacz ma inne motywacje, by biegać. Wszystkie są słuszne.
 
I nie ważne,  czy biegamy kilka miesięcy, czy kilkanaście lat, czy biegamy wolno, czy szybko, czy robimy to po to, by schudnąć, czy biegamy, by startować w maratonach, czy tylko dla własnej przyjemności...
Ważne, że robimy w życiu, to co kochamy. I najważniejsze, że nie poddajemy się gdy robi się pod górkę, lecz idziemy do przodu. Tak powinno być z każdą naszą pasją, nie tylko bieganiem.

Ja tymczasem spokojnie wracam do zdrowia...i baaardzo tęsknię za bieganiem. Już nie mogę się doczekać, jak założę buty i wyjdę na trening. A za kilka miesięcy (mam nadzieję) stanę po raz pierwszy na linii startu zorganizowanych zawodów. To taki mały sprawdzian i niejako prezent za wysiłek, jaki włożyłam, by dołączyć do elitarnej grupy biegaczy :)