
Na koniec zaglądam na popularny portal społecznościowy.
Strona powoli się ładuje, wczytują się zdjęcia, ostatnie aktywności znajomych... Co widzę? Nagiego niemowlaka, pluskającego się w wanience.W rączce nieporadnie trzyma szczoteczkę do zębów.. i "próbuje myć" swoje pierwsze ząbki... Oczywiście pod zdjęciem mnóstwo "lajków" i setki przesłodzonych komentarzy w stylu 'ach, och...'
Rozkoszne? Piękne? Zachwycające? Cóż... Szczerze przyznaję, że dla mnie takie zdjęcia są po prostu żenujące. I jakoś nie mam w zwyczaju się nimi zachwycać, tym bardziej je komentować.
To nie tak, że nie wzruszam się widząc małe dzieciątko, czy piękną parę ślubującą sobie miłość na zawsze. To nie o to chodzi. Raczej o fakt "sprzedawania" niejako swojego życia całemu światu.
Niestety mam wrażenie, i ono coraz bardziej się pogłębia, że te nasze portale dla większości osób nie służą bynajmniej do utrzymywania wirtualnego kontaktu między sobą, ale przede wszystkim są źródłem, gdzie mogą pochwalić się wszystkim, w co ich życie obfituje. Oczywiście w samo dobro.
Fotoreportaż z życia często rozpoczyna się od ślubu. Czasem wcześniej, od zaręczyn. Obok zdjęć, możemy przecież umieścić odpowiedni komentarz odnośnie swego aktualnego stanu, cywilnego oczywiście ;)
A wiec tak.
Status: zaręczona, zaręczony. Wtedy, a wtedy. Obok widnieją zdjęcia cudownego pierścionka z wielkim brylantem! Wow! Wiadomość oczywiście idzie w wirtualny świat. A zdjęcia już po paru minutach zostają komentowane wielkimi słowami "Gratuluję!", "Kiedy ślub?" itp.
Jeżeli historia życia toczy się pomyślnie już niedługo na stronie danej osoby widzimy zmianę statusu i kolejne zdjęcia. Oczywiście nie muszę dodawać jakie. Oczywiste, ze ślubu. Pod nimi komentarze.
Historia się powtarza, ale to nie konie przecie. Życie poza wirtualnym światem toczy się dalej.
Kolejne wpis. Podróż poślubna. Cudnie było, prawda? Trzeba to pokazać!
Potem dłuższa cisza. A potem? Co widzimy? Zdjęcie z wielkim brzuszkiem. Ale to za mało. Lepiej wrzucic fotki zdjęc usg nienarodzonego dzieciątka. I tak miesiąc po miesiącu... aż do rozwiązania.
Kolejny wpis. Wtedy a wtedy, o tej godzinie, mierzący tyle a tyle, ważący tyle, a tyle... I zdjęcia. A pod nimi oczywiście setki "szczerych" komentarzy i gratulacji.
Potem kilka dni ciszy, bo w rzeczywistym życiu tak różowo nie jest jak na zdjęciach w wirtualnym i trzeba dojśc do siebie i do sił. Ale cisza nie trwa znyt długo, bo oto.
Kolejny wpis. Pan X skończył właśnie n-ty dzień.. i się uśmiechnął. Wow! Niesamowite, trzeba się pochwalić. I zdjęcia. I komentarze w stylu 'ach, och..."
A potem to już z górki idzie. I co jakiś czas widzimy zdjęcia w stylu: mój pierwszy ząbek, moja pierwsza kąpiel, kupka, usiadłem, wstałem, zrobiłem pierwszy krok, pokazałem język, jestem na spacerku, na hustawce, na karuzeli, piję z butelki, jem chrupka, moje pierwsze urodziny.. i ble, ble, ble, ble...
Potem: pierwszy dzień w żłobku, w przedszkolu, w szkole, na studiach... ;)
No tak. To tylko pierwsze dziecko. W międzyczasie przychodzi kolej na drugie. Więc fotoreportaż zatacza koło. W międzyczasie zawsze są jakieś wakacje (najlepiej tam, gdzie inni jeszcze nie dotarli), romantycznie przeżyte walentynki, święta, sylwester, urodziny, imieniny, rocznice ślubu, poznania się, pierwszego pocałunku.. i co tam sobie wymyślimy... ;)
Często patrząc na te zdjęcia i te wszystkie ukazanie prawdy o życiu osobistym moich znajomych, zastanawiam się, w jakim celu wielu ludzi to wszystko tak publikuje. Po co?
Czy ważne jest aż tak, by pokazać wszystkim wokoło, jaka to ja jestem szczęśliwa. Co posiadam?
Czy nie lepiej to swoje szczęście, życie osobiste i rodzinne ukryć gdzieś przed światem i w ciszy domowego ogniska to szczęście pielęgnować i nim się radować? Ileż wtedy ono warte będzie!
Całe życie odnajdziemy w internecie, a w realu nie ma będzie już miejsca na zaskoczenie, dobrą nowinę, zachwyt, niespodziankę...
Nie ma sekretów, tajemnic, tylko dla nas. Wszystko uzewnętrznione, taki społeczny ekshibicjonizm. Szkoda.
Całe życie odnajdziemy w internecie, a w realu nie ma będzie już miejsca na zaskoczenie, dobrą nowinę, zachwyt, niespodziankę...
Nie ma sekretów, tajemnic, tylko dla nas. Wszystko uzewnętrznione, taki społeczny ekshibicjonizm. Szkoda.
Łatwo jest ukazywać to, co piękne, udane, ale co zrobimy, jak to szczęście pryśnie nam, jak bańka mydlana? Czy tak łatwo przyjdzie nam podzielić się tym smutkiem z całym światem?
Ciekawe kto odważy się wrzucić na portal foty z rozstania, rozwodu, choroby, śmierci... itp. Jak małżeństwo się rozpadnie, to czy będę mieć odwagę zmienić status z żonaty, zamężna na rozwiedziona/y? Chyba nie.
Wiec po co ta cała szopka? Mnóstwo zdjęć wrzuconych bezmyślnie na strony. Mnóstwo informacji sprzedanych całej rzeszy znajomych i nieznajomych.
Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Chyba dlatego, że w swoim życiu kieruję się zupełnie innymi zasadami i wartościami. Nie kreci mnie dokumentowanie całego mojego życia na łamach internetu.
Nie potrzebuję słów zachwytu, gratulacji, bo często mam wrażenie, że i tak są one wynikiem "owczego pędu", jak inni, to ja też, nieważne, że mam inne zdanie...
Czym dziś, w dobie internetu jest prywatność? Pustym słowem? Często niestety tak.
Ja prywatność i życie rodzinne bardzo sobie cenię. Nie chcę go sprzedawać w odcinkach, jak telenowelę całej rzeszy ludzi. Szczęście bywa ulotne, nie warto nim "szastać na prawo i lewo". Lepiej skupić się na jego pielęgnowaniu, a przede wszystkim na tym, by chronić go przed znieważaniem i zniszczeniem.