16 maja 2016

Emocja. Ta negatywna...

Złość. Taka negatywna emocja, a mnie niestety w ostatnim czasie często towarzyszy. 
Złoszczę się często i sama nie wiem do końca, z czego ta częstotliwość wynika. Czy w moim życiu pojawiły się sytuacje, rzeczy, które mnie po prostu powiedzmy wprost - wkurzają, czy być może dopada mnie syndrom, którego imię "zmęczenie materiału"?

Mam wrażenie, że kiedyś (!) byłam bardziej spokojną osobą, a może było tak, że skrywałam przed całym światem prawdziwe uczucia, przede wszystkim te negatywne. 
Bo tak łatwiej było, tak bardziej właściwie, przecież ranić innych nie można. Ciągła gra. Uśmiech na twarzy, choć w sercu burza. I czysta złość. Na niespodziewane sytuacje, na ludzi, którzy zawiedli, nie dotrzymali słowa, a być może zranili.  

Człowiek nie istnieje bez emocji. Oczywistym jest, że dobre emocje jak np. radość są tolerowane bez oporu, pożądane przez innych i przez nas samych. Gorzej, gdy targają nami te złe, jak ta właśnie złość, która chyba każdego dotyczy. Ona już taka pożądana nie jest, lepiej się z nią nie obnosić, lepiej ją ukryć gdzieś tam na dnie swojej duszy. Tylko nie wiem, czy tak jest dobrze. 

Nie możemy zaprzeczyć, że oprócz tych wzniosłych emocji doświadczamy i tych złych. Jesteśmy tylko ludźmi. 
Ja na pewno jestem tylko człowiekiem i do złości się przyznaję, bo jest nieodłączną częścią mnie samej. 
Choćbym nie wiem jak walczyła, nie wygram z nią. Mogę tylko starać się jak najrzadziej ją okazywać, a przede wszystkim w odpowiedni sposób ją rozładowywać. Bo tłumić się jej nie powinno. Tego nauczyło mnie życie. A że przynosi potem ogromne wyrzuty sumienia, to już inna historia...

Zawsze znajdzie się sytuacja, która wyzwoli moją złość. Wiele rzeczy mnie wkurza i nic na to nie poradzę. A najbardziej złości mnie to, że się wkurzam, czasami niepotrzebnie. 
Wiem, że wystarczyłoby policzyć do dziesięciu, zrobić kilka głębszych oddechów i może po złości nie byłoby śladu. 
Czasami mi się to udaje, ale teoria jest o wiele trudniejsza od praktyki. Bo są dni, kiedy nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, a są i takie, kiedy nawet jedno negatywne słowo doprowadza mnie do szału, którego nie da się tak łatwo zatrzymać. Potem wyrzuty sumienia, że znowu się nie udało zdusić w zarodku. Tej negatywnej. Emocji. Takie błędne koło. 

Co dzień walczę. Sama ze sobą i ze swoją złością.
Nie udaję, że jej nie ma. Bo jest i bez niej ja bym nie istniała.
Lepsza ta złość niż obojętność. To wiem na pewno.

5 maja 2016

Cegłą w oko...

Choroba nie wybiera, dlatego tak już niestety mam, że co jakiś czas muszę jechać do Kliniki na Ceglanej. Kto tam miał przyjemność być, ten wie, jakie trzeba mieć zdrowie, w szczególności psychiczne, by spokojnie przejść wszystkie procedury związane z ową wizytą.

Przyznaję, jak zbliża się wizyta w Klinice tak jakoś na kilka dni przed humor spada mi o jakieś 80%, a nerwowość wzrasta o 20%. 
Ale kto lubi przychodnie, szpitale, kliniki? No właśnie, do wyjątków nie należę. Ale cóż zrobić, trzeba jechać to jedziemy! Moim szoferem i towarzyszem podróży jest Mąż, a umilaczami czasu (nie zawsze) dzieci.
Więc zaczynamy podróż :)

Samo dotarcie do Kliniki trwa dłużej lub krócej, w zależności od niespodzianek, jakie nas czekają na drogach. Zazwyczaj jakieś przestoje są, bo przecie te roboty drogowe nie mają końca...
Ok, jako że z dojazdem większych problemów nie ma, to z parkowaniem i owszem. Problemy są i to nie małe.
Na miejsce parkingowe przy Klinice i w bliskich okolicach nie ma co liczyć, z doświadczenia więc od razu szukamy miejscówki na dzikim parkingu kilka kilometrów od miejsca docelowego. Nie rzadko jest to skrawek zabłoconego trawnika. Ale nie ma co narzekać, do Szpitala spokojnie przecież możemy dojść pieszo, bo w sumie co jak co, ale nogi zdrowe mamy :)

Po dotarciu na miejsce wita nas okazały hol i nie mniej okazała kolejka do rejestracji. Wije się jak różnobarwny wąż. Na ogół trudno zweryfikować, gdzie jej początek, a gdzie koniec. Jak już mi się to uda, pełna zapału staję na jej końcu, ale ostatnia długo nie jestem, bo po kilkunastu minutach ja już sama końca ogonka nie widzę. Samo dostanie się do okienka rejestracji zajmuje zazwyczaj ok.1-1,5 godziny.
W końcu umęczona i nieraz podenerwowana niezbyt stosownymi zachowaniami innych pacjentów (!) staję przy okienku i po szybkiej rejestracji dostaję wytyczne, gdzie mam się udać. Tyle instrukcji wystarczy, bo po co i dlaczego to wiem :)
Hura, pierwszy etap za nami, kolej na następny.

Jesteśmy na pierwszym piętrze. Przemierzając labirynty korytarzy, z kartką w ręku szukam odpowiednich drzwi. Co byśmy zrobili, gdyby nie te cyferki i numerki...

Jak już odnajdę odpowiednie drzwi gabinetu czeka mnie kolejne oczekiwanie na swoją kolej. Na miejsce siedzące nie ma co liczyć, zajęte szczelnie przez żwawe starsze osoby. Dlatego zazwyczaj szukam miłego kącika z "wolną" ścianą, o którą mogę się oprzeć. Gdy nogi odmawiają mi już posłuszeństwa, jak nastolatka na uczelnianym korytarzu przed egzaminem, zasiadam na ziemi. 

Czas mija powoli, na korytarzu szmer cichych rozmów typu, co komu dolega i kto ma gorzej. 

W końcu pielęgniarka wywołuje moje nazwisko. Wkraczam do drzwi numer 1. Tam zazwyczaj "odbywają" się wstępne badania przeprowadzane przez pielęgniarkę. Czytanie do dali, mierzenie ciśnienia (oczywiście oczu) i najfajniejsza cześć - pierwsze z trzech zakrapianie oczu atropiną. Uwielbiam to szczypanie oczu :) A w międzyczasie szybki wywiad, co dolega, co się pogorszyło itp. I co 10 minut wracam do gabinetu na ponowne kropienie oczu. Po trzecim razie, gdy już moje źrenice wyglądają jak spodki i nic nie jest ich wstanie pomniejszyć, dostaję polecenie, gdzie mam się w następnej kolejności udać.

Jako że moje powiększone na maxa źrenice skutecznie uniemożliwiają mi jako takie widzenie, z pomocą Męża szukam kolejnych drzwi, gdzie już zazwyczaj odbywa się to właściwe badanie/kontrola przeprowadzana przez lekarza specjalistę. Czasami jest tak, że tych drzwi przez jedną wizytę w Katowicach odwiedza się nawet 5. 

Tym razem w kolejnych czeka mnie dokładna kontrola siatkówek i ewentualne ich laserowanie. Oczywiście zanim wejdę na badanie, mija kolejna godzina, czasem dwie. 

Na korytarzach  przewija się mnóstwo ludzi, zazwyczaj starszych, ale i młodych też nie mało. Pod każdymi drzwiami długie kolejki i długie oczekiwanie. Większość pacjentów jest z osobą towarzyszącą, często też, by umilić sobie czas nawiązuje się rozmowy. Tylko niestety miłe i "lekkie" to one nie są. Ja nie lubię dzielić się z innymi, jakie to problemy z oczami mnie dotykają, bo mam wrażenie, że należę do tych cięższych przypadków.

Po specjalistycznej wizycie i rzetelnych badaniach dostaję zalecenia na najbliższy czas, nie rzadko niestety skierowanie na kolejne szczegółowe badania, terapię i sugerowany termin na kolejną kontrolę.

Najgorsze za mną, czas wrócić na parter i stanąć w mniejszej zazwyczaj już kolejce do okienka, gdzie ustala się termin na kolejną wizytę w Klinice.
Po tych wszystkich zawirowaniach człowiek jest tak jakoś zmęczony i przybity (na duchu też), że zazwyczaj ma ochotę jak najszybciej wyjść z tego budynku i nigdy tam nie wrócić.
My na ogół na zakończenie wizyty w Klinice udajemy się do tamtejszej kafejki, gdzie się posilamy - ja zazwyczaj piję pyszną latte na poprawę humoru. Mało skuteczna, lecz zawsze coś...
Potem szybko do samochodu i z powrotem do domu.
I tak mija pół dnia, drugie pół mija mi na smętnym snuciu się po domu i oczekiwaniu, jak porażenie źrenic przejdzie.

Tak ja wiem, inni mają gorzej. Zawsze sobie to powtarzam, by nie zatracić się w smutku i rozpamiętywaniu, gdybym...

Tak to już jest, iż każdy dźwiga swój własny krzyż. 
Ja mam taki i choć żyję z nim od najmłodszych lat i go akceptuję, to jednak nie mogę tak do końca się z tą chorobą pogodzić, a właściwie z ograniczeniami, jakie na mnie wymusza.   

28 kwietnia 2016

Bieg na granicy

Całkiem niedawno zaczęła się moja przygoda z bieganiem i tak mnie ta forma ruchu wciągnęła, że jeszcze w zeszłym roku nieśmiało planowałam, a raczej miałam cichą nadzieję, że w tym roku spróbuję wystartować w jakiś zorganizowanych zawodach dla amatorów.
Gdy już doszłam do 'progu' 10 km, i poczułam, że ten dystans mogę spokojnie pokonać, z wielkimi obawami zapisałam się na organizowany rokrocznie w naszym mieście Biegu Fiata. Odbędzie się końcem maja, więc jeszcze troszkę czasu, by podnieść swoją formę :)

Jednak los przyniósł mi małą niespodziankę.

Mąż po powrocie z Półmaratonu Żywieckiego zasugerował, bym wzięła udział w zbliżającym się Biegu Fortuna w Cieszynie. Impreza dobrze nam znana, bo już wielokrotnie braliśmy w niej udział. Oczywiście to mąż był tym aktywnym uczestnikiem zawodów, a ja z dziećmi jego towarzyszami i kibicami.
Dobrze wspominam te zawody od strony kibica. Zawsze piękna wiosenna pogoda, przepiękna okolica, fajna atmosfera i ludzie.

A tym razem miałam możliwość wziąć udział w zawodach jako zawodniczka ;) Mąż wziął na siebie opiekę nad maluchami, nasz transport na miejsce i oczywiście mobilizujący doping.


Przyznaję, że miałam spore obawy. Czy dam radę przebiec te 10 km bez żadnej niemiłej niespodzianki? Czy zdążę dbiec do mety przed limitem czasu? Bałam się, że wśród tylu bardziej doświadczonych biegaczy po prostu się ośmieszę.

Mąż zachęcał całym sercem, a i ja po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować i przeżyć ciekawą przygodę.
Treningowo przebiegniecie tych 10 km nie stanowiło już problemu, a i czasowo nie było źle.

Więc postanowione, próbuje już teraz. Żeby było mi raźniej do udziału w zawodach namówiłam kuzynkę, z która często trenuję. Postanowione, zapisane i opłacone. Pozostało nam czekać do tej godziny 'zero'. No może nie czekać bezczynnie, tylko bardziej aktywnie :)

Gdy miałyśmy gorszy dzień śmiałyśmy się, że w końcu ktoś musi bieg zakończyć, albo też miło będzie przejechać się samochodem z napisem "koniec biegu" :)

W końcu nadszedł ten dzień. Niezbyt sympatyczny, bo zimny i deszczowy. Lecz pogoda nam niestraszna, bo w każdej testowałyśmy naszą wytrzymałość.

Na szczęście w Cieszynie deszczu nie było, ale zimno i pochmurno,  - niespełna 5 stopni i wietrznie. Dla biegaczy pogoda idealna, dla kibiców już mniej. 

Po dotarciu na miejsce i odebraniu pakietu startowego, wyruszyliśmy do centrum miasta w poszukiwaniu zacisznej, a przede wszystkim ciepłej kawiarenki. Czasu do biegu sporo, a że zimno to trzeba było gdzieś ten czas przeczekać, szczególnie ze względu na dzieci. W końcu znaleźliśmy otwartą kawiarnię, tam każdy według uznania  ogrzał się albo przy gorącej czekoladzie, albo jak ja przy pokrzepiającej małej czarnej.  

Pół godziny przed startem z kuzynką wyruszyłyśmy truchtem (taka forma rozgrzewki) na spotkanie z przygodą, a mężów i rozbrykanych maluchów pozostawiliśmy na pastwę ciekawskich właścicielek lokalu :)

Jako, że my należymy do początkujących amatorów biegania, ustawiłyśmy się na starcie w przedziale czasowym 60 minut. Przody pozostawiliśmy zapaleńcom, ścigaczom i żądnym rywalizacji zawodnikom.

Ja nastawiłam się po prostu na przebiegnięcie tego dystansu, tak by bez słaniania się na nogach spokojnie dotrzeć na metę. Czas nie grał większej roli, choć nie ukrywam chciałam zmieścić się w godzinie. Stresu większego nie było, bo limit czasowy wynosił 75 minut. 

Ok, już wybiła dwunasta w południe, odliczanie i start.

Włączyłam pozytywne myślenie i ...pobiegłam swoim właściwym tempem. 
Obawiałam się, że otaczający mnie zawodnicy wpłyną na mnie jakoś tak 'dołująco', ale okazało się, ze wszyscy ustawieni na naszym sektorze biegli właśnie takim energicznym, ale nie za szybkim tempem.  

Biegłam sobie swoim rytmem, nie patrząc zupełnie na innych. Nie czułam presji, ani chęci udowodnienia innym, że mogę więcej. 

Po przebiegnięciu 5 kilometra dopadła mnie niewielka kolka, która niestety sprawiła, że musiałam nieco zwolnić. Na szczęście po mocnych wdechach i łyku wody kolka ustąpiła i już na 6 kilometrze poczułam się na tyle dobrze, że podkręciłam nieco tempo.
Potem,jak przeanalizowałam wyniki czasowe,to okazało się że w drugiej połowie biegłam zdecydowanie szybciej i przeskoczyłam o 20 miejsc do przodu :) 
Ale to nic, bo jak ja zaczynałam 6 kilometr to Kenijczycy (oczywiście!) wyprzedzali mnie i kończyli już swój bieg :) Wcale mnie to nie wprowadziło w zakłopotanie, a inni biegnący krzyczeli "Gdzie Ci się tak śpieszy?", "Przed kim tak uciekasz?" :)

Trasa sympatyczna, raczej płaska i świetnie zorganizowana. Pomocą było oznaczenie kilometrów - wiedziałam ile jeszcze przede mną. Do mety dotarłam w bardzo dobrej formie, bez mega zmęczenia i jak się miło okazało, to złamałam 59 minut. Tak wiem, dla większości to żaden wyczyn, ale dla mnie jak najbardziej. Pierwsze zawody i całkiem nieźle :)

Niestety zabrakło mi może około minuty, by "załapać" się na medal :( Jeden z organizatorów na mecie pocieszał mnie i zapewniał, że tylko przez ich winę zabrakło ok. 200 medali i obiecują przesłać brakujące medale pocztą. 
Cóż, to już nie to samo, jak dostać ów medal na szyję po przekroczeniu mety... No ale, przecież nie o to w tym wszystkim chodzi :)
Ogólnie, biegło się dobrze. Temperatura idealna, zawodnicy sympatyczni i kibice też. Pierwszy raz byłam po tej "drugiej stronie" i przyznaję, że udział w takiej imprezie jako zawodnik jest jeszcze fajniejszy.

Mężowie i maluchy żywo nam kibicowali. Mój starszy synek skandował "Mamy, mamy", a jak koło nich przebiegałam, to krzyknął "To moja mamusia!". Rozczuliło mnie to bardzo, a innych zawodników rozbawiło.


Po biegu zasłużony ciepły posiłek, pamiątkowe zdjęcie i szybciutko w powrotną drogę, bo dzieciaczki przemarznięte, zmęczone i głodne. A mężowie... zmęczeni!

Tylko ja się pytam, po czym?

31 marca 2016

Myśli mają moc


Ostatnio moje myśli często powracają do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy to taki sentyment spowodowany uciekającym czasem, czy może tęsknota za tym, co było, po prostu za wczesną młodością.

Oj nie, nie czuję się staro i chyba stara jeszcze nie jestem (!), ale co jakiś czas nachodzi mnie dziwna melancholia, a w mojej głowie kłębi się od szarych myśli. Wspomnień.

Oczywiście wiele tych wspomnień jest radosnych i kolorowych. Te staram się w sobie pielęgnować i utrwalać w pamięci tak, by towarzyszyły mi jak najdłużej. Do nich najczęściej wracam, gdy dopada mnie jakiś nieokreślony smutek i rezygnacja. To nimi się 'posilam', by stanąć na nogi, by móc dalej podążać. To te dobre wspomnienia są moją siłą w budowaniu dalszego życia. One mnie inspirują i nie pozwalają zapomnieć kim jestem i co sprawiło, że jestem tutaj, w tej określonej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że są i wspomnienia smutne, bolesne, takie o których nie chce się pamiętać. Które chętnie wymazałabym tak, jak gumką ołówek. Niestety tak się nie da i zdarza się i tak, że to one zaprzątają moje myśli. Tak cholernie natrętnie. Do łez.

Lecz staram im się nie poddawać. Nie pozwalam, by pogłębiały mój smutek, nie podcinały kruchych skrzydeł.  Walczę z nimi i próbuje ubrać je w bardziej kolorowe barwy. Nie mogę ich zapomnieć, bo i one ukształtowały mnie na swój własny sposób. Niejednokrotnie obrały kierunek, jakim podążałam i ukształtowały mocny charakter. Dziękuję im za to.

Nasze wspomnienia mają ogromną moc. Mogą nas budować, ale i niszczyć. Mogą sprawić, że będziemy ludźmi niezłomnymi, ale również niestabilnymi i kruchym jak szkło. Wspomnienia mogą nas ukształtować. Lecz mamy nad nimi władzę. To od nas zależy, czy poddamy się tym dobrym, czy tym złym. I czy te złe, raniące przemienimy w dobro.

Lata dzieciństwa i wczesnej młodości minęły bezpowrotnie. Już ich nie doświadczę i nie mam już na nie wpływu. Było, minęło. Czy czegoś żałuję? Być może jest kilka rzeczy, które chciałabym zmienić, być może naprawić, inaczej przeżyć chwile, które były w moim życiu znaczące. To tylko teoria. Teraz myślę tak, wtedy inaczej. Nie zawsze dało się postąpić inaczej, bo doświadczenie życia było mniejsze.

W ostatnim czasie spotkałam dawnych znajomych. Fajnie było powspominać tamte, jakże wydawałoby się odległe czasy. Każdemu z nich życie napisało inny, indywidualny scenariusz. Nie zawsze dobry i łaskawy. Tym, co wiodło się super i wróżyło się szczęśliwą przyszłość często zostali przez los okrutnie doświadczeni, a tym, co mieli ciągle pod górkę teraz wiedzie się bardzo dobrze.

Niejednokrotnie pytam - od czego to zależy? Oczywiście od wielu czynników. Ale myślę, że od tych naszych doświadczeń, tych dobrych i tych złych zależy bardzo dużo. A jeszcze więcej od wykorzystania naszych wspomnień nam ich temat.

14 marca 2016

"Niegrzeczne" dzieci

Gdy rodzi się nam dziecko, to zastanawiamy się do kogo jest podobne, w jego wyglądzie szukamy naszego noska lub oczu taty, a z czasem staramy się doszukać w nim naszych cech charakteru, bądź osobowości. I najczęściej, gdy maluch zrobi coś tak, a tak... mówimy - "Podał się na mnie", "Ma to po tobie".

A ja obserwując zachowanie swoich dzieci, mam zupełnie inne przemyślenia. Po prostu im zazdroszczę. Zazdroszczę im tego, że są tak otwarte na innych, na świat. Takie po prostu śmiałe i odważne, nie boją się ludzi, nie czują się przez nich oceniane i nie przejmują się ich opinią. Dzięki temu są wolne, niczym nie ograniczone. Biegają, krzyczą, są po dziecięcemu głośne. Tego dotkną, to wezmą do ręki, a tamto zrzucą...

Oczywiście nie każdemu się to podoba, bo śmiałe i wiedzące czego chcą dzieci to przecież według opinii większości - niegrzeczne i nieposłuszne dzieci. Właśnie takie. A takie dzieci to "skaranie boskie". 
Takie dzieci, to utrapienie nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla tych, co przebywają z nimi tylko kilka chwil. Takie dzieci, są po prostu niewychowane, rodzice na wszystko im pozwalają i na pewno nie wyrośnie z nich nic dobrego...

Takie są moje dzieci. Żywe, ekspresyjne, pełne pomysłów. Same wiedzą czego chcą, a nie spełniają zachcianek innych. Gdy chcą coś powiedzieć, to mówią, gdy na coś się nie zgadzają, to krzyczą głośno "nie", a nie dla świętego spokoju zgadzają się na coś, co im nie pasuje. I właśnie tego im zazdroszczę.

Ja byłam zupełnie innym dzieckiem. Pierwszą i dominującą cechą była nieśmiałość. Cicha, pokorna, zawsze zgadzająca się z innymi. Nie umiałam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, nawet, że coś mnie boli, bo nie chciałam nikogo martwić, albo smucić. Uczucia i zachcianki innych były zawsze ważniejsze od moich. 

Taka zawsze "cholernie" grzeczna, nie sprawiająca problemów. Ideał dziecka. Idealne dziecko w wychowaniu. A ja się pytam, czyżby?

Fakt, spokojne i ciche dziecko nie sprawia problemów wychowawczych rodzicom i nauczycielom, jest takie "proste w obsłudze". Ale czy dla dziecka fajnie jest być właśnie takim? Może mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko być takim nieśmiałym człowieczkiem. Ile lęku  sprawia każde spotkanie i zwykła wymiana zdań z rówieśnikami, a tym bardziej z dorosłymi. Ileż odwagi poprzedzonej ogromnym stresem potrzeba, by wziąć udział w zwykłej dziecięcej zabawie. A te myśli? Ciągle czuje się ocenianym, jak ktoś się śmieje, to na pewno ze mnie. Ze wszystkim trzeba radzić sobie samemu, bo przecież nie ma się odwagi nikogo prosić o pomoc. Wieczne udręki. Wiecznie natrętne myśli.

Czasem się mówi, że z nieśmiałości się wyrasta, a to nie zupełnie tak jest. Owszem, można ją na pewien sposób oswoić, wypracować pewne schematy, które pozwolą na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale tak naprawdę nigdy z nieśmiałością się nie rozstaniemy. Niestety wiem to z doświadczenia. Dalej stresuje mnie wiele sytuacji, które dla innych są takie naturalne i zwyczajne. Oczywiście, ciągle czuję się oceniania przez innych. Mam świadomość tego, że już zawsze będę czuć się kimś gorszym i mniej znaczącym od innych, że cokolwiek zrobię i co osiągnę, to i tak nie będzie miało istotnego znaczenia. Bo nieśmiałość, to również zaniżona samoocena, której nic i nikt nie zdoła pokonać. Tak to już jest.

Dlatego cieszę się, że moi chłopcy są zupełnie inni. Że ich osobowość nie jest "zatruta" męczącą nieśmiałością. Bo wiem, jak ciężko z nią żyć, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. 
Może łatwiej mieć w domu spokoje i ciche dziecko, ale ja wolę właśnie takie "niespokojne" i głośne, bo choć wymaga ono większego nakładu pracy i potrzebuje większej uwagi, to wiem, że w życiu będzie mu zdecydowanie łatwiej. 

I coraz częściej puszczam mimo uszu słowa innych, którzy twierdzą, że moje dzieci są "niegrzeczne". I co z tego? Ja po prostu uważam, że takich dzieci nie ma, a jak są to im po prostu współczuję.

Emocja. Ta negatywna...

Złość. Taka negatywna emocja, a mnie niestety w ostatnim czasie często towarzyszy. 
Złoszczę się często i sama nie wiem do końca, z czego ta częstotliwość wynika. Czy w moim życiu pojawiły się sytuacje, rzeczy, które mnie po prostu powiedzmy wprost - wkurzają, czy być może dopada mnie syndrom, którego imię "zmęczenie materiału"?

Mam wrażenie, że kiedyś (!) byłam bardziej spokojną osobą, a może było tak, że skrywałam przed całym światem prawdziwe uczucia, przede wszystkim te negatywne. 
Bo tak łatwiej było, tak bardziej właściwie, przecież ranić innych nie można. Ciągła gra. Uśmiech na twarzy, choć w sercu burza. I czysta złość. Na niespodziewane sytuacje, na ludzi, którzy zawiedli, nie dotrzymali słowa, a być może zranili.  

Człowiek nie istnieje bez emocji. Oczywistym jest, że dobre emocje jak np. radość są tolerowane bez oporu, pożądane przez innych i przez nas samych. Gorzej, gdy targają nami te złe, jak ta właśnie złość, która chyba każdego dotyczy. Ona już taka pożądana nie jest, lepiej się z nią nie obnosić, lepiej ją ukryć gdzieś tam na dnie swojej duszy. Tylko nie wiem, czy tak jest dobrze. 

Nie możemy zaprzeczyć, że oprócz tych wzniosłych emocji doświadczamy i tych złych. Jesteśmy tylko ludźmi. 
Ja na pewno jestem tylko człowiekiem i do złości się przyznaję, bo jest nieodłączną częścią mnie samej. 
Choćbym nie wiem jak walczyła, nie wygram z nią. Mogę tylko starać się jak najrzadziej ją okazywać, a przede wszystkim w odpowiedni sposób ją rozładowywać. Bo tłumić się jej nie powinno. Tego nauczyło mnie życie. A że przynosi potem ogromne wyrzuty sumienia, to już inna historia...

Zawsze znajdzie się sytuacja, która wyzwoli moją złość. Wiele rzeczy mnie wkurza i nic na to nie poradzę. A najbardziej złości mnie to, że się wkurzam, czasami niepotrzebnie. 
Wiem, że wystarczyłoby policzyć do dziesięciu, zrobić kilka głębszych oddechów i może po złości nie byłoby śladu. 
Czasami mi się to udaje, ale teoria jest o wiele trudniejsza od praktyki. Bo są dni, kiedy nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, a są i takie, kiedy nawet jedno negatywne słowo doprowadza mnie do szału, którego nie da się tak łatwo zatrzymać. Potem wyrzuty sumienia, że znowu się nie udało zdusić w zarodku. Tej negatywnej. Emocji. Takie błędne koło. 

Co dzień walczę. Sama ze sobą i ze swoją złością.
Nie udaję, że jej nie ma. Bo jest i bez niej ja bym nie istniała.
Lepsza ta złość niż obojętność. To wiem na pewno.

Cegłą w oko...

Choroba nie wybiera, dlatego tak już niestety mam, że co jakiś czas muszę jechać do Kliniki na Ceglanej. Kto tam miał przyjemność być, ten wie, jakie trzeba mieć zdrowie, w szczególności psychiczne, by spokojnie przejść wszystkie procedury związane z ową wizytą.

Przyznaję, jak zbliża się wizyta w Klinice tak jakoś na kilka dni przed humor spada mi o jakieś 80%, a nerwowość wzrasta o 20%. 
Ale kto lubi przychodnie, szpitale, kliniki? No właśnie, do wyjątków nie należę. Ale cóż zrobić, trzeba jechać to jedziemy! Moim szoferem i towarzyszem podróży jest Mąż, a umilaczami czasu (nie zawsze) dzieci.
Więc zaczynamy podróż :)

Samo dotarcie do Kliniki trwa dłużej lub krócej, w zależności od niespodzianek, jakie nas czekają na drogach. Zazwyczaj jakieś przestoje są, bo przecie te roboty drogowe nie mają końca...
Ok, jako że z dojazdem większych problemów nie ma, to z parkowaniem i owszem. Problemy są i to nie małe.
Na miejsce parkingowe przy Klinice i w bliskich okolicach nie ma co liczyć, z doświadczenia więc od razu szukamy miejscówki na dzikim parkingu kilka kilometrów od miejsca docelowego. Nie rzadko jest to skrawek zabłoconego trawnika. Ale nie ma co narzekać, do Szpitala spokojnie przecież możemy dojść pieszo, bo w sumie co jak co, ale nogi zdrowe mamy :)

Po dotarciu na miejsce wita nas okazały hol i nie mniej okazała kolejka do rejestracji. Wije się jak różnobarwny wąż. Na ogół trudno zweryfikować, gdzie jej początek, a gdzie koniec. Jak już mi się to uda, pełna zapału staję na jej końcu, ale ostatnia długo nie jestem, bo po kilkunastu minutach ja już sama końca ogonka nie widzę. Samo dostanie się do okienka rejestracji zajmuje zazwyczaj ok.1-1,5 godziny.
W końcu umęczona i nieraz podenerwowana niezbyt stosownymi zachowaniami innych pacjentów (!) staję przy okienku i po szybkiej rejestracji dostaję wytyczne, gdzie mam się udać. Tyle instrukcji wystarczy, bo po co i dlaczego to wiem :)
Hura, pierwszy etap za nami, kolej na następny.

Jesteśmy na pierwszym piętrze. Przemierzając labirynty korytarzy, z kartką w ręku szukam odpowiednich drzwi. Co byśmy zrobili, gdyby nie te cyferki i numerki...

Jak już odnajdę odpowiednie drzwi gabinetu czeka mnie kolejne oczekiwanie na swoją kolej. Na miejsce siedzące nie ma co liczyć, zajęte szczelnie przez żwawe starsze osoby. Dlatego zazwyczaj szukam miłego kącika z "wolną" ścianą, o którą mogę się oprzeć. Gdy nogi odmawiają mi już posłuszeństwa, jak nastolatka na uczelnianym korytarzu przed egzaminem, zasiadam na ziemi. 

Czas mija powoli, na korytarzu szmer cichych rozmów typu, co komu dolega i kto ma gorzej. 

W końcu pielęgniarka wywołuje moje nazwisko. Wkraczam do drzwi numer 1. Tam zazwyczaj "odbywają" się wstępne badania przeprowadzane przez pielęgniarkę. Czytanie do dali, mierzenie ciśnienia (oczywiście oczu) i najfajniejsza cześć - pierwsze z trzech zakrapianie oczu atropiną. Uwielbiam to szczypanie oczu :) A w międzyczasie szybki wywiad, co dolega, co się pogorszyło itp. I co 10 minut wracam do gabinetu na ponowne kropienie oczu. Po trzecim razie, gdy już moje źrenice wyglądają jak spodki i nic nie jest ich wstanie pomniejszyć, dostaję polecenie, gdzie mam się w następnej kolejności udać.

Jako że moje powiększone na maxa źrenice skutecznie uniemożliwiają mi jako takie widzenie, z pomocą Męża szukam kolejnych drzwi, gdzie już zazwyczaj odbywa się to właściwe badanie/kontrola przeprowadzana przez lekarza specjalistę. Czasami jest tak, że tych drzwi przez jedną wizytę w Katowicach odwiedza się nawet 5. 

Tym razem w kolejnych czeka mnie dokładna kontrola siatkówek i ewentualne ich laserowanie. Oczywiście zanim wejdę na badanie, mija kolejna godzina, czasem dwie. 

Na korytarzach  przewija się mnóstwo ludzi, zazwyczaj starszych, ale i młodych też nie mało. Pod każdymi drzwiami długie kolejki i długie oczekiwanie. Większość pacjentów jest z osobą towarzyszącą, często też, by umilić sobie czas nawiązuje się rozmowy. Tylko niestety miłe i "lekkie" to one nie są. Ja nie lubię dzielić się z innymi, jakie to problemy z oczami mnie dotykają, bo mam wrażenie, że należę do tych cięższych przypadków.

Po specjalistycznej wizycie i rzetelnych badaniach dostaję zalecenia na najbliższy czas, nie rzadko niestety skierowanie na kolejne szczegółowe badania, terapię i sugerowany termin na kolejną kontrolę.

Najgorsze za mną, czas wrócić na parter i stanąć w mniejszej zazwyczaj już kolejce do okienka, gdzie ustala się termin na kolejną wizytę w Klinice.
Po tych wszystkich zawirowaniach człowiek jest tak jakoś zmęczony i przybity (na duchu też), że zazwyczaj ma ochotę jak najszybciej wyjść z tego budynku i nigdy tam nie wrócić.
My na ogół na zakończenie wizyty w Klinice udajemy się do tamtejszej kafejki, gdzie się posilamy - ja zazwyczaj piję pyszną latte na poprawę humoru. Mało skuteczna, lecz zawsze coś...
Potem szybko do samochodu i z powrotem do domu.
I tak mija pół dnia, drugie pół mija mi na smętnym snuciu się po domu i oczekiwaniu, jak porażenie źrenic przejdzie.

Tak ja wiem, inni mają gorzej. Zawsze sobie to powtarzam, by nie zatracić się w smutku i rozpamiętywaniu, gdybym...

Tak to już jest, iż każdy dźwiga swój własny krzyż. 
Ja mam taki i choć żyję z nim od najmłodszych lat i go akceptuję, to jednak nie mogę tak do końca się z tą chorobą pogodzić, a właściwie z ograniczeniami, jakie na mnie wymusza.   

Bieg na granicy

Całkiem niedawno zaczęła się moja przygoda z bieganiem i tak mnie ta forma ruchu wciągnęła, że jeszcze w zeszłym roku nieśmiało planowałam, a raczej miałam cichą nadzieję, że w tym roku spróbuję wystartować w jakiś zorganizowanych zawodach dla amatorów.
Gdy już doszłam do 'progu' 10 km, i poczułam, że ten dystans mogę spokojnie pokonać, z wielkimi obawami zapisałam się na organizowany rokrocznie w naszym mieście Biegu Fiata. Odbędzie się końcem maja, więc jeszcze troszkę czasu, by podnieść swoją formę :)

Jednak los przyniósł mi małą niespodziankę.

Mąż po powrocie z Półmaratonu Żywieckiego zasugerował, bym wzięła udział w zbliżającym się Biegu Fortuna w Cieszynie. Impreza dobrze nam znana, bo już wielokrotnie braliśmy w niej udział. Oczywiście to mąż był tym aktywnym uczestnikiem zawodów, a ja z dziećmi jego towarzyszami i kibicami.
Dobrze wspominam te zawody od strony kibica. Zawsze piękna wiosenna pogoda, przepiękna okolica, fajna atmosfera i ludzie.

A tym razem miałam możliwość wziąć udział w zawodach jako zawodniczka ;) Mąż wziął na siebie opiekę nad maluchami, nasz transport na miejsce i oczywiście mobilizujący doping.


Przyznaję, że miałam spore obawy. Czy dam radę przebiec te 10 km bez żadnej niemiłej niespodzianki? Czy zdążę dbiec do mety przed limitem czasu? Bałam się, że wśród tylu bardziej doświadczonych biegaczy po prostu się ośmieszę.

Mąż zachęcał całym sercem, a i ja po głębszym zastanowieniu stwierdziłam, że faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować i przeżyć ciekawą przygodę.
Treningowo przebiegniecie tych 10 km nie stanowiło już problemu, a i czasowo nie było źle.

Więc postanowione, próbuje już teraz. Żeby było mi raźniej do udziału w zawodach namówiłam kuzynkę, z która często trenuję. Postanowione, zapisane i opłacone. Pozostało nam czekać do tej godziny 'zero'. No może nie czekać bezczynnie, tylko bardziej aktywnie :)

Gdy miałyśmy gorszy dzień śmiałyśmy się, że w końcu ktoś musi bieg zakończyć, albo też miło będzie przejechać się samochodem z napisem "koniec biegu" :)

W końcu nadszedł ten dzień. Niezbyt sympatyczny, bo zimny i deszczowy. Lecz pogoda nam niestraszna, bo w każdej testowałyśmy naszą wytrzymałość.

Na szczęście w Cieszynie deszczu nie było, ale zimno i pochmurno,  - niespełna 5 stopni i wietrznie. Dla biegaczy pogoda idealna, dla kibiców już mniej. 

Po dotarciu na miejsce i odebraniu pakietu startowego, wyruszyliśmy do centrum miasta w poszukiwaniu zacisznej, a przede wszystkim ciepłej kawiarenki. Czasu do biegu sporo, a że zimno to trzeba było gdzieś ten czas przeczekać, szczególnie ze względu na dzieci. W końcu znaleźliśmy otwartą kawiarnię, tam każdy według uznania  ogrzał się albo przy gorącej czekoladzie, albo jak ja przy pokrzepiającej małej czarnej.  

Pół godziny przed startem z kuzynką wyruszyłyśmy truchtem (taka forma rozgrzewki) na spotkanie z przygodą, a mężów i rozbrykanych maluchów pozostawiliśmy na pastwę ciekawskich właścicielek lokalu :)

Jako, że my należymy do początkujących amatorów biegania, ustawiłyśmy się na starcie w przedziale czasowym 60 minut. Przody pozostawiliśmy zapaleńcom, ścigaczom i żądnym rywalizacji zawodnikom.

Ja nastawiłam się po prostu na przebiegnięcie tego dystansu, tak by bez słaniania się na nogach spokojnie dotrzeć na metę. Czas nie grał większej roli, choć nie ukrywam chciałam zmieścić się w godzinie. Stresu większego nie było, bo limit czasowy wynosił 75 minut. 

Ok, już wybiła dwunasta w południe, odliczanie i start.

Włączyłam pozytywne myślenie i ...pobiegłam swoim właściwym tempem. 
Obawiałam się, że otaczający mnie zawodnicy wpłyną na mnie jakoś tak 'dołująco', ale okazało się, ze wszyscy ustawieni na naszym sektorze biegli właśnie takim energicznym, ale nie za szybkim tempem.  

Biegłam sobie swoim rytmem, nie patrząc zupełnie na innych. Nie czułam presji, ani chęci udowodnienia innym, że mogę więcej. 

Po przebiegnięciu 5 kilometra dopadła mnie niewielka kolka, która niestety sprawiła, że musiałam nieco zwolnić. Na szczęście po mocnych wdechach i łyku wody kolka ustąpiła i już na 6 kilometrze poczułam się na tyle dobrze, że podkręciłam nieco tempo.
Potem,jak przeanalizowałam wyniki czasowe,to okazało się że w drugiej połowie biegłam zdecydowanie szybciej i przeskoczyłam o 20 miejsc do przodu :) 
Ale to nic, bo jak ja zaczynałam 6 kilometr to Kenijczycy (oczywiście!) wyprzedzali mnie i kończyli już swój bieg :) Wcale mnie to nie wprowadziło w zakłopotanie, a inni biegnący krzyczeli "Gdzie Ci się tak śpieszy?", "Przed kim tak uciekasz?" :)

Trasa sympatyczna, raczej płaska i świetnie zorganizowana. Pomocą było oznaczenie kilometrów - wiedziałam ile jeszcze przede mną. Do mety dotarłam w bardzo dobrej formie, bez mega zmęczenia i jak się miło okazało, to złamałam 59 minut. Tak wiem, dla większości to żaden wyczyn, ale dla mnie jak najbardziej. Pierwsze zawody i całkiem nieźle :)

Niestety zabrakło mi może około minuty, by "załapać" się na medal :( Jeden z organizatorów na mecie pocieszał mnie i zapewniał, że tylko przez ich winę zabrakło ok. 200 medali i obiecują przesłać brakujące medale pocztą. 
Cóż, to już nie to samo, jak dostać ów medal na szyję po przekroczeniu mety... No ale, przecież nie o to w tym wszystkim chodzi :)
Ogólnie, biegło się dobrze. Temperatura idealna, zawodnicy sympatyczni i kibice też. Pierwszy raz byłam po tej "drugiej stronie" i przyznaję, że udział w takiej imprezie jako zawodnik jest jeszcze fajniejszy.

Mężowie i maluchy żywo nam kibicowali. Mój starszy synek skandował "Mamy, mamy", a jak koło nich przebiegałam, to krzyknął "To moja mamusia!". Rozczuliło mnie to bardzo, a innych zawodników rozbawiło.


Po biegu zasłużony ciepły posiłek, pamiątkowe zdjęcie i szybciutko w powrotną drogę, bo dzieciaczki przemarznięte, zmęczone i głodne. A mężowie... zmęczeni!

Tylko ja się pytam, po czym?

Myśli mają moc


Ostatnio moje myśli często powracają do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy to taki sentyment spowodowany uciekającym czasem, czy może tęsknota za tym, co było, po prostu za wczesną młodością.

Oj nie, nie czuję się staro i chyba stara jeszcze nie jestem (!), ale co jakiś czas nachodzi mnie dziwna melancholia, a w mojej głowie kłębi się od szarych myśli. Wspomnień.

Oczywiście wiele tych wspomnień jest radosnych i kolorowych. Te staram się w sobie pielęgnować i utrwalać w pamięci tak, by towarzyszyły mi jak najdłużej. Do nich najczęściej wracam, gdy dopada mnie jakiś nieokreślony smutek i rezygnacja. To nimi się 'posilam', by stanąć na nogi, by móc dalej podążać. To te dobre wspomnienia są moją siłą w budowaniu dalszego życia. One mnie inspirują i nie pozwalają zapomnieć kim jestem i co sprawiło, że jestem tutaj, w tej określonej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że są i wspomnienia smutne, bolesne, takie o których nie chce się pamiętać. Które chętnie wymazałabym tak, jak gumką ołówek. Niestety tak się nie da i zdarza się i tak, że to one zaprzątają moje myśli. Tak cholernie natrętnie. Do łez.

Lecz staram im się nie poddawać. Nie pozwalam, by pogłębiały mój smutek, nie podcinały kruchych skrzydeł.  Walczę z nimi i próbuje ubrać je w bardziej kolorowe barwy. Nie mogę ich zapomnieć, bo i one ukształtowały mnie na swój własny sposób. Niejednokrotnie obrały kierunek, jakim podążałam i ukształtowały mocny charakter. Dziękuję im za to.

Nasze wspomnienia mają ogromną moc. Mogą nas budować, ale i niszczyć. Mogą sprawić, że będziemy ludźmi niezłomnymi, ale również niestabilnymi i kruchym jak szkło. Wspomnienia mogą nas ukształtować. Lecz mamy nad nimi władzę. To od nas zależy, czy poddamy się tym dobrym, czy tym złym. I czy te złe, raniące przemienimy w dobro.

Lata dzieciństwa i wczesnej młodości minęły bezpowrotnie. Już ich nie doświadczę i nie mam już na nie wpływu. Było, minęło. Czy czegoś żałuję? Być może jest kilka rzeczy, które chciałabym zmienić, być może naprawić, inaczej przeżyć chwile, które były w moim życiu znaczące. To tylko teoria. Teraz myślę tak, wtedy inaczej. Nie zawsze dało się postąpić inaczej, bo doświadczenie życia było mniejsze.

W ostatnim czasie spotkałam dawnych znajomych. Fajnie było powspominać tamte, jakże wydawałoby się odległe czasy. Każdemu z nich życie napisało inny, indywidualny scenariusz. Nie zawsze dobry i łaskawy. Tym, co wiodło się super i wróżyło się szczęśliwą przyszłość często zostali przez los okrutnie doświadczeni, a tym, co mieli ciągle pod górkę teraz wiedzie się bardzo dobrze.

Niejednokrotnie pytam - od czego to zależy? Oczywiście od wielu czynników. Ale myślę, że od tych naszych doświadczeń, tych dobrych i tych złych zależy bardzo dużo. A jeszcze więcej od wykorzystania naszych wspomnień nam ich temat.

"Niegrzeczne" dzieci

Gdy rodzi się nam dziecko, to zastanawiamy się do kogo jest podobne, w jego wyglądzie szukamy naszego noska lub oczu taty, a z czasem staramy się doszukać w nim naszych cech charakteru, bądź osobowości. I najczęściej, gdy maluch zrobi coś tak, a tak... mówimy - "Podał się na mnie", "Ma to po tobie".

A ja obserwując zachowanie swoich dzieci, mam zupełnie inne przemyślenia. Po prostu im zazdroszczę. Zazdroszczę im tego, że są tak otwarte na innych, na świat. Takie po prostu śmiałe i odważne, nie boją się ludzi, nie czują się przez nich oceniane i nie przejmują się ich opinią. Dzięki temu są wolne, niczym nie ograniczone. Biegają, krzyczą, są po dziecięcemu głośne. Tego dotkną, to wezmą do ręki, a tamto zrzucą...

Oczywiście nie każdemu się to podoba, bo śmiałe i wiedzące czego chcą dzieci to przecież według opinii większości - niegrzeczne i nieposłuszne dzieci. Właśnie takie. A takie dzieci to "skaranie boskie". 
Takie dzieci, to utrapienie nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla tych, co przebywają z nimi tylko kilka chwil. Takie dzieci, są po prostu niewychowane, rodzice na wszystko im pozwalają i na pewno nie wyrośnie z nich nic dobrego...

Takie są moje dzieci. Żywe, ekspresyjne, pełne pomysłów. Same wiedzą czego chcą, a nie spełniają zachcianek innych. Gdy chcą coś powiedzieć, to mówią, gdy na coś się nie zgadzają, to krzyczą głośno "nie", a nie dla świętego spokoju zgadzają się na coś, co im nie pasuje. I właśnie tego im zazdroszczę.

Ja byłam zupełnie innym dzieckiem. Pierwszą i dominującą cechą była nieśmiałość. Cicha, pokorna, zawsze zgadzająca się z innymi. Nie umiałam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, nawet, że coś mnie boli, bo nie chciałam nikogo martwić, albo smucić. Uczucia i zachcianki innych były zawsze ważniejsze od moich. 

Taka zawsze "cholernie" grzeczna, nie sprawiająca problemów. Ideał dziecka. Idealne dziecko w wychowaniu. A ja się pytam, czyżby?

Fakt, spokojne i ciche dziecko nie sprawia problemów wychowawczych rodzicom i nauczycielom, jest takie "proste w obsłudze". Ale czy dla dziecka fajnie jest być właśnie takim? Może mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko być takim nieśmiałym człowieczkiem. Ile lęku  sprawia każde spotkanie i zwykła wymiana zdań z rówieśnikami, a tym bardziej z dorosłymi. Ileż odwagi poprzedzonej ogromnym stresem potrzeba, by wziąć udział w zwykłej dziecięcej zabawie. A te myśli? Ciągle czuje się ocenianym, jak ktoś się śmieje, to na pewno ze mnie. Ze wszystkim trzeba radzić sobie samemu, bo przecież nie ma się odwagi nikogo prosić o pomoc. Wieczne udręki. Wiecznie natrętne myśli.

Czasem się mówi, że z nieśmiałości się wyrasta, a to nie zupełnie tak jest. Owszem, można ją na pewien sposób oswoić, wypracować pewne schematy, które pozwolą na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale tak naprawdę nigdy z nieśmiałością się nie rozstaniemy. Niestety wiem to z doświadczenia. Dalej stresuje mnie wiele sytuacji, które dla innych są takie naturalne i zwyczajne. Oczywiście, ciągle czuję się oceniania przez innych. Mam świadomość tego, że już zawsze będę czuć się kimś gorszym i mniej znaczącym od innych, że cokolwiek zrobię i co osiągnę, to i tak nie będzie miało istotnego znaczenia. Bo nieśmiałość, to również zaniżona samoocena, której nic i nikt nie zdoła pokonać. Tak to już jest.

Dlatego cieszę się, że moi chłopcy są zupełnie inni. Że ich osobowość nie jest "zatruta" męczącą nieśmiałością. Bo wiem, jak ciężko z nią żyć, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. 
Może łatwiej mieć w domu spokoje i ciche dziecko, ale ja wolę właśnie takie "niespokojne" i głośne, bo choć wymaga ono większego nakładu pracy i potrzebuje większej uwagi, to wiem, że w życiu będzie mu zdecydowanie łatwiej. 

I coraz częściej puszczam mimo uszu słowa innych, którzy twierdzą, że moje dzieci są "niegrzeczne". I co z tego? Ja po prostu uważam, że takich dzieci nie ma, a jak są to im po prostu współczuję.