31 marca 2016

Myśli mają moc


Ostatnio moje myśli często powracają do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy to taki sentyment spowodowany uciekającym czasem, czy może tęsknota za tym, co było, po prostu za wczesną młodością.

Oj nie, nie czuję się staro i chyba stara jeszcze nie jestem (!), ale co jakiś czas nachodzi mnie dziwna melancholia, a w mojej głowie kłębi się od szarych myśli. Wspomnień.

Oczywiście wiele tych wspomnień jest radosnych i kolorowych. Te staram się w sobie pielęgnować i utrwalać w pamięci tak, by towarzyszyły mi jak najdłużej. Do nich najczęściej wracam, gdy dopada mnie jakiś nieokreślony smutek i rezygnacja. To nimi się 'posilam', by stanąć na nogi, by móc dalej podążać. To te dobre wspomnienia są moją siłą w budowaniu dalszego życia. One mnie inspirują i nie pozwalają zapomnieć kim jestem i co sprawiło, że jestem tutaj, w tej określonej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że są i wspomnienia smutne, bolesne, takie o których nie chce się pamiętać. Które chętnie wymazałabym tak, jak gumką ołówek. Niestety tak się nie da i zdarza się i tak, że to one zaprzątają moje myśli. Tak cholernie natrętnie. Do łez.

Lecz staram im się nie poddawać. Nie pozwalam, by pogłębiały mój smutek, nie podcinały kruchych skrzydeł.  Walczę z nimi i próbuje ubrać je w bardziej kolorowe barwy. Nie mogę ich zapomnieć, bo i one ukształtowały mnie na swój własny sposób. Niejednokrotnie obrały kierunek, jakim podążałam i ukształtowały mocny charakter. Dziękuję im za to.

Nasze wspomnienia mają ogromną moc. Mogą nas budować, ale i niszczyć. Mogą sprawić, że będziemy ludźmi niezłomnymi, ale również niestabilnymi i kruchym jak szkło. Wspomnienia mogą nas ukształtować. Lecz mamy nad nimi władzę. To od nas zależy, czy poddamy się tym dobrym, czy tym złym. I czy te złe, raniące przemienimy w dobro.

Lata dzieciństwa i wczesnej młodości minęły bezpowrotnie. Już ich nie doświadczę i nie mam już na nie wpływu. Było, minęło. Czy czegoś żałuję? Być może jest kilka rzeczy, które chciałabym zmienić, być może naprawić, inaczej przeżyć chwile, które były w moim życiu znaczące. To tylko teoria. Teraz myślę tak, wtedy inaczej. Nie zawsze dało się postąpić inaczej, bo doświadczenie życia było mniejsze.

W ostatnim czasie spotkałam dawnych znajomych. Fajnie było powspominać tamte, jakże wydawałoby się odległe czasy. Każdemu z nich życie napisało inny, indywidualny scenariusz. Nie zawsze dobry i łaskawy. Tym, co wiodło się super i wróżyło się szczęśliwą przyszłość często zostali przez los okrutnie doświadczeni, a tym, co mieli ciągle pod górkę teraz wiedzie się bardzo dobrze.

Niejednokrotnie pytam - od czego to zależy? Oczywiście od wielu czynników. Ale myślę, że od tych naszych doświadczeń, tych dobrych i tych złych zależy bardzo dużo. A jeszcze więcej od wykorzystania naszych wspomnień nam ich temat.

14 marca 2016

"Niegrzeczne" dzieci

Gdy rodzi się nam dziecko, to zastanawiamy się do kogo jest podobne, w jego wyglądzie szukamy naszego noska lub oczu taty, a z czasem staramy się doszukać w nim naszych cech charakteru, bądź osobowości. I najczęściej, gdy maluch zrobi coś tak, a tak... mówimy - "Podał się na mnie", "Ma to po tobie".

A ja obserwując zachowanie swoich dzieci, mam zupełnie inne przemyślenia. Po prostu im zazdroszczę. Zazdroszczę im tego, że są tak otwarte na innych, na świat. Takie po prostu śmiałe i odważne, nie boją się ludzi, nie czują się przez nich oceniane i nie przejmują się ich opinią. Dzięki temu są wolne, niczym nie ograniczone. Biegają, krzyczą, są po dziecięcemu głośne. Tego dotkną, to wezmą do ręki, a tamto zrzucą...

Oczywiście nie każdemu się to podoba, bo śmiałe i wiedzące czego chcą dzieci to przecież według opinii większości - niegrzeczne i nieposłuszne dzieci. Właśnie takie. A takie dzieci to "skaranie boskie". 
Takie dzieci, to utrapienie nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla tych, co przebywają z nimi tylko kilka chwil. Takie dzieci, są po prostu niewychowane, rodzice na wszystko im pozwalają i na pewno nie wyrośnie z nich nic dobrego...

Takie są moje dzieci. Żywe, ekspresyjne, pełne pomysłów. Same wiedzą czego chcą, a nie spełniają zachcianek innych. Gdy chcą coś powiedzieć, to mówią, gdy na coś się nie zgadzają, to krzyczą głośno "nie", a nie dla świętego spokoju zgadzają się na coś, co im nie pasuje. I właśnie tego im zazdroszczę.

Ja byłam zupełnie innym dzieckiem. Pierwszą i dominującą cechą była nieśmiałość. Cicha, pokorna, zawsze zgadzająca się z innymi. Nie umiałam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, nawet, że coś mnie boli, bo nie chciałam nikogo martwić, albo smucić. Uczucia i zachcianki innych były zawsze ważniejsze od moich. 

Taka zawsze "cholernie" grzeczna, nie sprawiająca problemów. Ideał dziecka. Idealne dziecko w wychowaniu. A ja się pytam, czyżby?

Fakt, spokojne i ciche dziecko nie sprawia problemów wychowawczych rodzicom i nauczycielom, jest takie "proste w obsłudze". Ale czy dla dziecka fajnie jest być właśnie takim? Może mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko być takim nieśmiałym człowieczkiem. Ile lęku  sprawia każde spotkanie i zwykła wymiana zdań z rówieśnikami, a tym bardziej z dorosłymi. Ileż odwagi poprzedzonej ogromnym stresem potrzeba, by wziąć udział w zwykłej dziecięcej zabawie. A te myśli? Ciągle czuje się ocenianym, jak ktoś się śmieje, to na pewno ze mnie. Ze wszystkim trzeba radzić sobie samemu, bo przecież nie ma się odwagi nikogo prosić o pomoc. Wieczne udręki. Wiecznie natrętne myśli.

Czasem się mówi, że z nieśmiałości się wyrasta, a to nie zupełnie tak jest. Owszem, można ją na pewien sposób oswoić, wypracować pewne schematy, które pozwolą na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale tak naprawdę nigdy z nieśmiałością się nie rozstaniemy. Niestety wiem to z doświadczenia. Dalej stresuje mnie wiele sytuacji, które dla innych są takie naturalne i zwyczajne. Oczywiście, ciągle czuję się oceniania przez innych. Mam świadomość tego, że już zawsze będę czuć się kimś gorszym i mniej znaczącym od innych, że cokolwiek zrobię i co osiągnę, to i tak nie będzie miało istotnego znaczenia. Bo nieśmiałość, to również zaniżona samoocena, której nic i nikt nie zdoła pokonać. Tak to już jest.

Dlatego cieszę się, że moi chłopcy są zupełnie inni. Że ich osobowość nie jest "zatruta" męczącą nieśmiałością. Bo wiem, jak ciężko z nią żyć, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. 
Może łatwiej mieć w domu spokoje i ciche dziecko, ale ja wolę właśnie takie "niespokojne" i głośne, bo choć wymaga ono większego nakładu pracy i potrzebuje większej uwagi, to wiem, że w życiu będzie mu zdecydowanie łatwiej. 

I coraz częściej puszczam mimo uszu słowa innych, którzy twierdzą, że moje dzieci są "niegrzeczne". I co z tego? Ja po prostu uważam, że takich dzieci nie ma, a jak są to im po prostu współczuję.

23 lutego 2016

Być bratem!

Kilka miesięcy temu w naszej rodzinie miała miejsce nietypowa uroczystość. Nietypowa, nie znaczy, że niespotykana, ale że taka na swój sposób oryginalna. Były to wspólne urodziny moich synków. Tak się złożyło, że przyszli na świat tego samego dnia i miesiąca. A dzieli ich dokładnie 3 lata.
Starszy obchodził swoje czwarte urodziny, a ten młodszy swoje pierwsze.
Tak patrząc na tą dwójkę roześmianych dzieciaczków uświadomiłam sobie, że płynie w nich ta sama krew, że tak wiele ich łączy i że z chwilą narodzin ich życie niejako połączone zostało braterską nicią.

Pamiętam swoje rozterki, jak to będzie, gdy w rodzinie pojawi się drugi szkrab, a pierworodny będzie miał rodzeństwo. Oczywiście już będąc w ciąży przygotowywaliśmy starszego synka na przyjście braciszka na świat. Na swój dziecięcy sposób przyswajał sobie, jak to będzie i jaką rolę odegra jako starszy brat.

Początki były różne. I różnie jest dzisiaj. Ale ja jestem pełna podziwu dla starszaka, który bez problemu odnalazł się w nowej sytuacji. Przecież nie łatwo być starszym bratem, w dodatku jak ma się tak mało lat.

Być starszym bratem oznacza wiele, już nie jestem sam, ale jest ktoś. Ten drugi. Ten ktoś zabiera mi uwagę mamy i taty, ten ktoś zabiera mi to, co wcześniej tylko do mnie należało. Muszę nauczyć się dzielić, a to nie takie łatwe. Ten ktoś tak mało jeszcze potrafi, a jeszcze mniej rozumie. Ja go nie rozumiem wcale, ale staram się jak mogę.

Ale tak naprawdę nie straciłem nic, za to zyskałem wiele. Przede wszystkim zyskałem kompana do zabawy, już nie muszę zadręczać rodziców, by się ze mną pobawili, choć nie ukrywam, że zabawa z nimi to o wiele lepsza frajda, niż z tym małym nic nierozumiejącym bratem. Ale wiem, że to się kiedyś zmieni. Już i tak jest lepiej, niż kilka miesięcy temu.

Muszę przyznać, że ten mój młodszy brat uczy mnie wiele. Umiem dzielić się zabawkami, jestem bardziej cierpliwy, a co najfajniejsze on jest wpatrzony we mnie, jak w obrazek. Jestem dla niego takim idolem. Mama mówi, że on uczy się ode mnie i to chyba prawda, bo naśladuje mnie we wszystkim.
Choć jest taki nierozgarnięty i nie potrafi jeszcze mówić, to doskonale czuje się w moim towarzystwie, tęskni za mną, jak jestem w przedszkolu. Pomimo znacznej różnicy wieku trzymamy się razem. Śmiejemy się z tego samego, kłócimy się o to samo i tak samo kochamy swoich rodziców.

Tak naprawdę dobrze mieć rodzeństwo. A najfajniej mieć brata. To taka cząstka mnie samego. Myślę, że w przyszłości zawsze będziemy mogli na siebie liczyć, bez względu na to, co się wydarzy i kto stanie na naszej drodze.
Jesteśmy dla siebie ważni. Nie istotne są kłótnie i różnice zdań. Nie istotne, że on, choć tak bardzo do mnie podobny jest jednak całkiem różny. Jest po prostu inny niż ja, ale płynie w nas ta sama krew.
Najważniejsze, że oprócz rodziców mamy siebie. Na dobre i na złe.
Nikt nie zrozumie mnie tak, jak właśnie on. Łączy nas przecież ta tajemnicza nić, te same doświadczenia wynikające ze wzrastania w tej samej rodzinie. To może nic, a może tak bardzo wiele.

Jako mama cieszę się, że moje dzieci mają siebie nawzajem. I choć nierzadko dochodzi do małych kłótni i bójek, to wiem, że i tak bardzo się lubią a wręcz przepadają za sobą. Uczą się od siebie bardzo wiele, ale myślę, że przede wszystkim miłości.

15 lutego 2016

Bieganie? Ja? Nigdy w życiu!

Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby nigdy nie mówić 'nigdy'. Cóż, chyba miał rację, bo jak się przekonałam życie nasze niesie różne niespodzianki i nieraz potrafi nas zaskoczyć. Zupełnie tak, jak my sami siebie nieraz zaskakujemy.

Podzielę się z Wami moją pasją, jaką stało się bieganie. Zwykła rzecz, nic specjalnego, a jednak... Coś w tym bieganiu musi być skoro tylu entuzjastów tego sportu przybywa.

Nie wiem, czy mogę i czy wypada mi nazwać się typem sportowca, ale sport i ruch zawsze były nieodłączną częścią mojego życia. Rożnego rodzaju fitness, pilates, to rower, pływanie i przeróżne formy sportu na świeżym powietrzu towarzyszyły mi niemal codziennie. Ale bieganie? Nigdy w życiu! To była taka dyscyplina, przed którą wzbraniałam się rękoma i nogami.

Z politowaniem patrzyłam na biegaczy i zastanawiam się, co oni w tym bezcelowym bieganiu widzą. Po co się tak męczą, a te kontuzje? Po co im to wszystko? Najzabawniejsze, iż mój mąż, stary wyjadacz tematu przez tyleż lat znajomości i małżeństwa nie mógł mi nic z tych rzeczy wytłumaczyć, a co gorsza przekonać do tego, bym choć raz spróbowała...

Przełomem stały się letnie treningi dla mam, chcących wrócić do formy po ciąży. Ucieszyłam się, że z inicjatywy mojej dawnej koleżanki została powołana do życia taka fajna grupa, bo wiadomo, co jak co, ale w grupie raźniej a i motywacja większa. Jedyna rzecz jaka mnie przerażala to właśnie biegi. To one, jak się okazało miały być tematem przewodnim owych treningów...

Ale nie poddawałam się. Trenowałam systematycznie, zmagałam się z ogarniającym mnie nieraz mocnym przemęczeniem, walczyłam z bólem i nieraz miałam po prostu dość...
Minął miesiąc, a ja zauważyłam znaczące zmiany. Bóle powoli ustępowały, mięśnie się wzmocniły, kondycja i wytrzymałość wzrosły. Przebiegniecie 5 km nie stanowiło większych  problemów. A co najważniejsze, zaangażowałam się nie na żarty. Dzień bez treningu, to dzień stracony. A nogi same chciały biegać!  

Dziś mija niespełna 8 miesięcy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z bieganiem. Biegam sama lub z kuzynka, którą sama zachęciłam do tej formy ruchu. Już nie bolą mnie mięśnie, nie mam zadyszki, zwiększyłam swój dystans do 8-10 km, być może to niewiele, ale dla mnie to ogromny osobisty sukces.
Pokonałam siebie, swoje słabości i niechęć do biegania :) Niestraszna mi pogoda - śnieg czy deszcz nie mają znaczenia i nie są przeszkodą, by wyjść na trening.
Już nie dziwię się biegaczom, po co to robią, lecz zrozumiałam w końcu o co w tym bieganiu chodzi i co daje.

No właśnie, co mi bieganie daje? Bardzo dużo.
Nie będę się rozpisywać o fizycznych korzyściach, o nich chyba każdy słyszał, ale że bieganie sprawia tak wiele radości i dosłownie uzależnia, to już trzeba mocno zaznaczyć :)
Dzięki bieganiu zmieniło się nie tylko moje ciało, ale także psychika. Jest 'mocniejsza', bardziej odporna na wszelakie zawirowania życia.
Poza tym bieganie wzmacnia nasze dobre nawyki, jak samodyscyplinę, motywację, efektywne zarządzanie czasem, niezłomne dążenie do wytyczonego celu.
Korzyści z biegania jest o wiele więcej. Każdy biegacz odkrywa swoje i każdy biegacz ma inne motywacje, by biegać. Wszystkie są słuszne.
 
I nie ważne,  czy biegamy kilka miesięcy, czy kilkanaście lat, czy biegamy wolno, czy szybko, czy robimy to po to, by schudnąć, czy biegamy, by startować w maratonach, czy tylko dla własnej przyjemności...
Ważne, że robimy w życiu, to co kochamy. I najważniejsze, że nie poddajemy się gdy robi się pod górkę, lecz idziemy do przodu. Tak powinno być z każdą naszą pasją, nie tylko bieganiem.

Ja tymczasem spokojnie wracam do zdrowia...i baaardzo tęsknię za bieganiem. Już nie mogę się doczekać, jak założę buty i wyjdę na trening. A za kilka miesięcy (mam nadzieję) stanę po raz pierwszy na linii startu zorganizowanych zawodów. To taki mały sprawdzian i niejako prezent za wysiłek, jaki włożyłam, by dołączyć do elitarnej grupy biegaczy :)

19 września 2015

Czas, którego nie ma

Kolejny raz wykręcam numer telefonu. Zajęte. Abonent niedostępny.
Sygnał zajętości lub uporczywy sygnał oczekiwania na połączenie. Bez skutku. SMS-y również pozostają bez odpowiedzi, a czasem pozostają niedostarczone, bo taki a taki numer nie istnieje.

Taka ostatnio naszła mnie nostalgia. Tak mało pozostało numerów telefonu pod który mogę się dodzwonić, pod który w każdym momencie dnia mogę przedzwonić i w słuchawce nie zastanie mnie cisza. Z przykrością stwierdzam, a właściwie z niejaką ulgą przyznaję - że ostatnio solidnie "przeczyściłam" kontakty w swojej komórce. Zrobiłam to z czystym sumieniem i muszę przyznać, że tylko odrobinę przykro mi z powodu utraty dawnych znajomości, być może bliższych przyjaźni. Nic na siłę. 

W ostatnich miesiącach dotarła do mnie pewna prawda. Nikt nie ma czasu, tylko ja. No może przesadziłam, większości tego czasu brakuje, a ja mam go aż nadto. Dosłownie na wszystko, na rozmowę, na spacer, o spotkaniu już nie wspominając. Bo dzieci, bo kolejne studia, bo praca, bo.... i taka niekończąca się wyliczanka, powiedzmy to szczerze - wymówek.

Rozumiem, każdy ma swoje "zawalone życiem" życie i dla każdego ważne są minuty pędzącego nieubłaganie czasu. Rozumiem, że czasem naprawdę nie ma czasu na spotkanie, na kawę w miłym towarzystwie. Ale coś chyba nie gra, gdy kolejny, n-ty raz słyszę to samo. Nie mam kiedy, może w najbliższym czasie, zgadamy się. Takie rzucane od niechcenia słowa, tylko po to, by się "odczepić". Ileż można słuchać wiecznie tych samych wymówek, ileż można czekać na umówiony w najbliższym czasie telefon, na ustalenie terminu?

Najbardziej smutno, gdy ktoś zmienia numer telefonu i w tm "nowym" już mój kontakt nie zostaje zapisany. To chyba o czymś świadczy, prawda? Dla mnie oczywisty znak, że ja z tych znajomości zostałam usunięta. 

Nic na siłę, ostatnio mocno się tego trzymam. Nie piszę już setnego sms-a, który i tak wiem, pozostanie bez odpowiedzi, nie próbuję dzwonić do kogoś, kto i tak wiem, nie odbierze i nie oddzwoni. Dla pewności usunęłam z telefonu wszystkie te kontakty, które od dłuższego czasu są głuche lub jałowe, by nie kusiło mnie ponowne -  a może znów napiszę, zapytam co słychać, zaproponuję spotkanie? 
Po co? Idiotką jesteś, czy co? Nie dociera do Ciebie fakt, że ktoś nie ma dla Ciebie czasu, że ma Cię po prostu gdzieś? Że jesteś tak mało istotna, by ktoś znalazł dla Ciebie choć odrobinę tego swojego cennego czasu? Idiotką byłam, już teraz nie. 

Czy ja mam czas? Myślę, że tak. Zawsze się znajdzie dla kogoś ważnego, nawet dla nieznajomego, jeśli mnie o to poprosi. Wiem, że niektórzy zarzucić by mogli, że tak nie jest, ale uwierzcie mi, czasem są w życiu tak trudne sytuacje (naprawdę w moim życiu też się takie pojawiają!), że czas przeznacza się tylko na to, by je rozwiązać. Ja nie szukam niepotrzebnych wymówek. I nie licytuję się z kimś o to, kto ma bardziej zawalony dzień, kto ma trudniej. I tak wiem, że w tej walce stoję na pozycji przegranej.

O innych czas nie będę prosić i zabiegać, bo dla mnie to już przestało mieć jakikolwiek sens. Po prostu - strata czasu.

Myśli mają moc


Ostatnio moje myśli często powracają do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy to taki sentyment spowodowany uciekającym czasem, czy może tęsknota za tym, co było, po prostu za wczesną młodością.

Oj nie, nie czuję się staro i chyba stara jeszcze nie jestem (!), ale co jakiś czas nachodzi mnie dziwna melancholia, a w mojej głowie kłębi się od szarych myśli. Wspomnień.

Oczywiście wiele tych wspomnień jest radosnych i kolorowych. Te staram się w sobie pielęgnować i utrwalać w pamięci tak, by towarzyszyły mi jak najdłużej. Do nich najczęściej wracam, gdy dopada mnie jakiś nieokreślony smutek i rezygnacja. To nimi się 'posilam', by stanąć na nogi, by móc dalej podążać. To te dobre wspomnienia są moją siłą w budowaniu dalszego życia. One mnie inspirują i nie pozwalają zapomnieć kim jestem i co sprawiło, że jestem tutaj, w tej określonej rzeczywistości.

Nie ukrywam, że są i wspomnienia smutne, bolesne, takie o których nie chce się pamiętać. Które chętnie wymazałabym tak, jak gumką ołówek. Niestety tak się nie da i zdarza się i tak, że to one zaprzątają moje myśli. Tak cholernie natrętnie. Do łez.

Lecz staram im się nie poddawać. Nie pozwalam, by pogłębiały mój smutek, nie podcinały kruchych skrzydeł.  Walczę z nimi i próbuje ubrać je w bardziej kolorowe barwy. Nie mogę ich zapomnieć, bo i one ukształtowały mnie na swój własny sposób. Niejednokrotnie obrały kierunek, jakim podążałam i ukształtowały mocny charakter. Dziękuję im za to.

Nasze wspomnienia mają ogromną moc. Mogą nas budować, ale i niszczyć. Mogą sprawić, że będziemy ludźmi niezłomnymi, ale również niestabilnymi i kruchym jak szkło. Wspomnienia mogą nas ukształtować. Lecz mamy nad nimi władzę. To od nas zależy, czy poddamy się tym dobrym, czy tym złym. I czy te złe, raniące przemienimy w dobro.

Lata dzieciństwa i wczesnej młodości minęły bezpowrotnie. Już ich nie doświadczę i nie mam już na nie wpływu. Było, minęło. Czy czegoś żałuję? Być może jest kilka rzeczy, które chciałabym zmienić, być może naprawić, inaczej przeżyć chwile, które były w moim życiu znaczące. To tylko teoria. Teraz myślę tak, wtedy inaczej. Nie zawsze dało się postąpić inaczej, bo doświadczenie życia było mniejsze.

W ostatnim czasie spotkałam dawnych znajomych. Fajnie było powspominać tamte, jakże wydawałoby się odległe czasy. Każdemu z nich życie napisało inny, indywidualny scenariusz. Nie zawsze dobry i łaskawy. Tym, co wiodło się super i wróżyło się szczęśliwą przyszłość często zostali przez los okrutnie doświadczeni, a tym, co mieli ciągle pod górkę teraz wiedzie się bardzo dobrze.

Niejednokrotnie pytam - od czego to zależy? Oczywiście od wielu czynników. Ale myślę, że od tych naszych doświadczeń, tych dobrych i tych złych zależy bardzo dużo. A jeszcze więcej od wykorzystania naszych wspomnień nam ich temat.

"Niegrzeczne" dzieci

Gdy rodzi się nam dziecko, to zastanawiamy się do kogo jest podobne, w jego wyglądzie szukamy naszego noska lub oczu taty, a z czasem staramy się doszukać w nim naszych cech charakteru, bądź osobowości. I najczęściej, gdy maluch zrobi coś tak, a tak... mówimy - "Podał się na mnie", "Ma to po tobie".

A ja obserwując zachowanie swoich dzieci, mam zupełnie inne przemyślenia. Po prostu im zazdroszczę. Zazdroszczę im tego, że są tak otwarte na innych, na świat. Takie po prostu śmiałe i odważne, nie boją się ludzi, nie czują się przez nich oceniane i nie przejmują się ich opinią. Dzięki temu są wolne, niczym nie ograniczone. Biegają, krzyczą, są po dziecięcemu głośne. Tego dotkną, to wezmą do ręki, a tamto zrzucą...

Oczywiście nie każdemu się to podoba, bo śmiałe i wiedzące czego chcą dzieci to przecież według opinii większości - niegrzeczne i nieposłuszne dzieci. Właśnie takie. A takie dzieci to "skaranie boskie". 
Takie dzieci, to utrapienie nie tylko dla rodziców, ale przede wszystkim dla tych, co przebywają z nimi tylko kilka chwil. Takie dzieci, są po prostu niewychowane, rodzice na wszystko im pozwalają i na pewno nie wyrośnie z nich nic dobrego...

Takie są moje dzieci. Żywe, ekspresyjne, pełne pomysłów. Same wiedzą czego chcą, a nie spełniają zachcianek innych. Gdy chcą coś powiedzieć, to mówią, gdy na coś się nie zgadzają, to krzyczą głośno "nie", a nie dla świętego spokoju zgadzają się na coś, co im nie pasuje. I właśnie tego im zazdroszczę.

Ja byłam zupełnie innym dzieckiem. Pierwszą i dominującą cechą była nieśmiałość. Cicha, pokorna, zawsze zgadzająca się z innymi. Nie umiałam powiedzieć, że coś mi się nie podoba, nawet, że coś mnie boli, bo nie chciałam nikogo martwić, albo smucić. Uczucia i zachcianki innych były zawsze ważniejsze od moich. 

Taka zawsze "cholernie" grzeczna, nie sprawiająca problemów. Ideał dziecka. Idealne dziecko w wychowaniu. A ja się pytam, czyżby?

Fakt, spokojne i ciche dziecko nie sprawia problemów wychowawczych rodzicom i nauczycielom, jest takie "proste w obsłudze". Ale czy dla dziecka fajnie jest być właśnie takim? Może mało kto zdaje sobie sprawę, jak ciężko być takim nieśmiałym człowieczkiem. Ile lęku  sprawia każde spotkanie i zwykła wymiana zdań z rówieśnikami, a tym bardziej z dorosłymi. Ileż odwagi poprzedzonej ogromnym stresem potrzeba, by wziąć udział w zwykłej dziecięcej zabawie. A te myśli? Ciągle czuje się ocenianym, jak ktoś się śmieje, to na pewno ze mnie. Ze wszystkim trzeba radzić sobie samemu, bo przecież nie ma się odwagi nikogo prosić o pomoc. Wieczne udręki. Wiecznie natrętne myśli.

Czasem się mówi, że z nieśmiałości się wyrasta, a to nie zupełnie tak jest. Owszem, można ją na pewien sposób oswoić, wypracować pewne schematy, które pozwolą na "normalne" funkcjonowanie w społeczeństwie. Ale tak naprawdę nigdy z nieśmiałością się nie rozstaniemy. Niestety wiem to z doświadczenia. Dalej stresuje mnie wiele sytuacji, które dla innych są takie naturalne i zwyczajne. Oczywiście, ciągle czuję się oceniania przez innych. Mam świadomość tego, że już zawsze będę czuć się kimś gorszym i mniej znaczącym od innych, że cokolwiek zrobię i co osiągnę, to i tak nie będzie miało istotnego znaczenia. Bo nieśmiałość, to również zaniżona samoocena, której nic i nikt nie zdoła pokonać. Tak to już jest.

Dlatego cieszę się, że moi chłopcy są zupełnie inni. Że ich osobowość nie jest "zatruta" męczącą nieśmiałością. Bo wiem, jak ciężko z nią żyć, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym. 
Może łatwiej mieć w domu spokoje i ciche dziecko, ale ja wolę właśnie takie "niespokojne" i głośne, bo choć wymaga ono większego nakładu pracy i potrzebuje większej uwagi, to wiem, że w życiu będzie mu zdecydowanie łatwiej. 

I coraz częściej puszczam mimo uszu słowa innych, którzy twierdzą, że moje dzieci są "niegrzeczne". I co z tego? Ja po prostu uważam, że takich dzieci nie ma, a jak są to im po prostu współczuję.

Być bratem!

Kilka miesięcy temu w naszej rodzinie miała miejsce nietypowa uroczystość. Nietypowa, nie znaczy, że niespotykana, ale że taka na swój sposób oryginalna. Były to wspólne urodziny moich synków. Tak się złożyło, że przyszli na świat tego samego dnia i miesiąca. A dzieli ich dokładnie 3 lata.
Starszy obchodził swoje czwarte urodziny, a ten młodszy swoje pierwsze.
Tak patrząc na tą dwójkę roześmianych dzieciaczków uświadomiłam sobie, że płynie w nich ta sama krew, że tak wiele ich łączy i że z chwilą narodzin ich życie niejako połączone zostało braterską nicią.

Pamiętam swoje rozterki, jak to będzie, gdy w rodzinie pojawi się drugi szkrab, a pierworodny będzie miał rodzeństwo. Oczywiście już będąc w ciąży przygotowywaliśmy starszego synka na przyjście braciszka na świat. Na swój dziecięcy sposób przyswajał sobie, jak to będzie i jaką rolę odegra jako starszy brat.

Początki były różne. I różnie jest dzisiaj. Ale ja jestem pełna podziwu dla starszaka, który bez problemu odnalazł się w nowej sytuacji. Przecież nie łatwo być starszym bratem, w dodatku jak ma się tak mało lat.

Być starszym bratem oznacza wiele, już nie jestem sam, ale jest ktoś. Ten drugi. Ten ktoś zabiera mi uwagę mamy i taty, ten ktoś zabiera mi to, co wcześniej tylko do mnie należało. Muszę nauczyć się dzielić, a to nie takie łatwe. Ten ktoś tak mało jeszcze potrafi, a jeszcze mniej rozumie. Ja go nie rozumiem wcale, ale staram się jak mogę.

Ale tak naprawdę nie straciłem nic, za to zyskałem wiele. Przede wszystkim zyskałem kompana do zabawy, już nie muszę zadręczać rodziców, by się ze mną pobawili, choć nie ukrywam, że zabawa z nimi to o wiele lepsza frajda, niż z tym małym nic nierozumiejącym bratem. Ale wiem, że to się kiedyś zmieni. Już i tak jest lepiej, niż kilka miesięcy temu.

Muszę przyznać, że ten mój młodszy brat uczy mnie wiele. Umiem dzielić się zabawkami, jestem bardziej cierpliwy, a co najfajniejsze on jest wpatrzony we mnie, jak w obrazek. Jestem dla niego takim idolem. Mama mówi, że on uczy się ode mnie i to chyba prawda, bo naśladuje mnie we wszystkim.
Choć jest taki nierozgarnięty i nie potrafi jeszcze mówić, to doskonale czuje się w moim towarzystwie, tęskni za mną, jak jestem w przedszkolu. Pomimo znacznej różnicy wieku trzymamy się razem. Śmiejemy się z tego samego, kłócimy się o to samo i tak samo kochamy swoich rodziców.

Tak naprawdę dobrze mieć rodzeństwo. A najfajniej mieć brata. To taka cząstka mnie samego. Myślę, że w przyszłości zawsze będziemy mogli na siebie liczyć, bez względu na to, co się wydarzy i kto stanie na naszej drodze.
Jesteśmy dla siebie ważni. Nie istotne są kłótnie i różnice zdań. Nie istotne, że on, choć tak bardzo do mnie podobny jest jednak całkiem różny. Jest po prostu inny niż ja, ale płynie w nas ta sama krew.
Najważniejsze, że oprócz rodziców mamy siebie. Na dobre i na złe.
Nikt nie zrozumie mnie tak, jak właśnie on. Łączy nas przecież ta tajemnicza nić, te same doświadczenia wynikające ze wzrastania w tej samej rodzinie. To może nic, a może tak bardzo wiele.

Jako mama cieszę się, że moje dzieci mają siebie nawzajem. I choć nierzadko dochodzi do małych kłótni i bójek, to wiem, że i tak bardzo się lubią a wręcz przepadają za sobą. Uczą się od siebie bardzo wiele, ale myślę, że przede wszystkim miłości.

Bieganie? Ja? Nigdy w życiu!

Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby nigdy nie mówić 'nigdy'. Cóż, chyba miał rację, bo jak się przekonałam życie nasze niesie różne niespodzianki i nieraz potrafi nas zaskoczyć. Zupełnie tak, jak my sami siebie nieraz zaskakujemy.

Podzielę się z Wami moją pasją, jaką stało się bieganie. Zwykła rzecz, nic specjalnego, a jednak... Coś w tym bieganiu musi być skoro tylu entuzjastów tego sportu przybywa.

Nie wiem, czy mogę i czy wypada mi nazwać się typem sportowca, ale sport i ruch zawsze były nieodłączną częścią mojego życia. Rożnego rodzaju fitness, pilates, to rower, pływanie i przeróżne formy sportu na świeżym powietrzu towarzyszyły mi niemal codziennie. Ale bieganie? Nigdy w życiu! To była taka dyscyplina, przed którą wzbraniałam się rękoma i nogami.

Z politowaniem patrzyłam na biegaczy i zastanawiam się, co oni w tym bezcelowym bieganiu widzą. Po co się tak męczą, a te kontuzje? Po co im to wszystko? Najzabawniejsze, iż mój mąż, stary wyjadacz tematu przez tyleż lat znajomości i małżeństwa nie mógł mi nic z tych rzeczy wytłumaczyć, a co gorsza przekonać do tego, bym choć raz spróbowała...

Przełomem stały się letnie treningi dla mam, chcących wrócić do formy po ciąży. Ucieszyłam się, że z inicjatywy mojej dawnej koleżanki została powołana do życia taka fajna grupa, bo wiadomo, co jak co, ale w grupie raźniej a i motywacja większa. Jedyna rzecz jaka mnie przerażala to właśnie biegi. To one, jak się okazało miały być tematem przewodnim owych treningów...

Ale nie poddawałam się. Trenowałam systematycznie, zmagałam się z ogarniającym mnie nieraz mocnym przemęczeniem, walczyłam z bólem i nieraz miałam po prostu dość...
Minął miesiąc, a ja zauważyłam znaczące zmiany. Bóle powoli ustępowały, mięśnie się wzmocniły, kondycja i wytrzymałość wzrosły. Przebiegniecie 5 km nie stanowiło większych  problemów. A co najważniejsze, zaangażowałam się nie na żarty. Dzień bez treningu, to dzień stracony. A nogi same chciały biegać!  

Dziś mija niespełna 8 miesięcy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z bieganiem. Biegam sama lub z kuzynka, którą sama zachęciłam do tej formy ruchu. Już nie bolą mnie mięśnie, nie mam zadyszki, zwiększyłam swój dystans do 8-10 km, być może to niewiele, ale dla mnie to ogromny osobisty sukces.
Pokonałam siebie, swoje słabości i niechęć do biegania :) Niestraszna mi pogoda - śnieg czy deszcz nie mają znaczenia i nie są przeszkodą, by wyjść na trening.
Już nie dziwię się biegaczom, po co to robią, lecz zrozumiałam w końcu o co w tym bieganiu chodzi i co daje.

No właśnie, co mi bieganie daje? Bardzo dużo.
Nie będę się rozpisywać o fizycznych korzyściach, o nich chyba każdy słyszał, ale że bieganie sprawia tak wiele radości i dosłownie uzależnia, to już trzeba mocno zaznaczyć :)
Dzięki bieganiu zmieniło się nie tylko moje ciało, ale także psychika. Jest 'mocniejsza', bardziej odporna na wszelakie zawirowania życia.
Poza tym bieganie wzmacnia nasze dobre nawyki, jak samodyscyplinę, motywację, efektywne zarządzanie czasem, niezłomne dążenie do wytyczonego celu.
Korzyści z biegania jest o wiele więcej. Każdy biegacz odkrywa swoje i każdy biegacz ma inne motywacje, by biegać. Wszystkie są słuszne.
 
I nie ważne,  czy biegamy kilka miesięcy, czy kilkanaście lat, czy biegamy wolno, czy szybko, czy robimy to po to, by schudnąć, czy biegamy, by startować w maratonach, czy tylko dla własnej przyjemności...
Ważne, że robimy w życiu, to co kochamy. I najważniejsze, że nie poddajemy się gdy robi się pod górkę, lecz idziemy do przodu. Tak powinno być z każdą naszą pasją, nie tylko bieganiem.

Ja tymczasem spokojnie wracam do zdrowia...i baaardzo tęsknię za bieganiem. Już nie mogę się doczekać, jak założę buty i wyjdę na trening. A za kilka miesięcy (mam nadzieję) stanę po raz pierwszy na linii startu zorganizowanych zawodów. To taki mały sprawdzian i niejako prezent za wysiłek, jaki włożyłam, by dołączyć do elitarnej grupy biegaczy :)

Czas, którego nie ma

Kolejny raz wykręcam numer telefonu. Zajęte. Abonent niedostępny.
Sygnał zajętości lub uporczywy sygnał oczekiwania na połączenie. Bez skutku. SMS-y również pozostają bez odpowiedzi, a czasem pozostają niedostarczone, bo taki a taki numer nie istnieje.

Taka ostatnio naszła mnie nostalgia. Tak mało pozostało numerów telefonu pod który mogę się dodzwonić, pod który w każdym momencie dnia mogę przedzwonić i w słuchawce nie zastanie mnie cisza. Z przykrością stwierdzam, a właściwie z niejaką ulgą przyznaję - że ostatnio solidnie "przeczyściłam" kontakty w swojej komórce. Zrobiłam to z czystym sumieniem i muszę przyznać, że tylko odrobinę przykro mi z powodu utraty dawnych znajomości, być może bliższych przyjaźni. Nic na siłę. 

W ostatnich miesiącach dotarła do mnie pewna prawda. Nikt nie ma czasu, tylko ja. No może przesadziłam, większości tego czasu brakuje, a ja mam go aż nadto. Dosłownie na wszystko, na rozmowę, na spacer, o spotkaniu już nie wspominając. Bo dzieci, bo kolejne studia, bo praca, bo.... i taka niekończąca się wyliczanka, powiedzmy to szczerze - wymówek.

Rozumiem, każdy ma swoje "zawalone życiem" życie i dla każdego ważne są minuty pędzącego nieubłaganie czasu. Rozumiem, że czasem naprawdę nie ma czasu na spotkanie, na kawę w miłym towarzystwie. Ale coś chyba nie gra, gdy kolejny, n-ty raz słyszę to samo. Nie mam kiedy, może w najbliższym czasie, zgadamy się. Takie rzucane od niechcenia słowa, tylko po to, by się "odczepić". Ileż można słuchać wiecznie tych samych wymówek, ileż można czekać na umówiony w najbliższym czasie telefon, na ustalenie terminu?

Najbardziej smutno, gdy ktoś zmienia numer telefonu i w tm "nowym" już mój kontakt nie zostaje zapisany. To chyba o czymś świadczy, prawda? Dla mnie oczywisty znak, że ja z tych znajomości zostałam usunięta. 

Nic na siłę, ostatnio mocno się tego trzymam. Nie piszę już setnego sms-a, który i tak wiem, pozostanie bez odpowiedzi, nie próbuję dzwonić do kogoś, kto i tak wiem, nie odbierze i nie oddzwoni. Dla pewności usunęłam z telefonu wszystkie te kontakty, które od dłuższego czasu są głuche lub jałowe, by nie kusiło mnie ponowne -  a może znów napiszę, zapytam co słychać, zaproponuję spotkanie? 
Po co? Idiotką jesteś, czy co? Nie dociera do Ciebie fakt, że ktoś nie ma dla Ciebie czasu, że ma Cię po prostu gdzieś? Że jesteś tak mało istotna, by ktoś znalazł dla Ciebie choć odrobinę tego swojego cennego czasu? Idiotką byłam, już teraz nie. 

Czy ja mam czas? Myślę, że tak. Zawsze się znajdzie dla kogoś ważnego, nawet dla nieznajomego, jeśli mnie o to poprosi. Wiem, że niektórzy zarzucić by mogli, że tak nie jest, ale uwierzcie mi, czasem są w życiu tak trudne sytuacje (naprawdę w moim życiu też się takie pojawiają!), że czas przeznacza się tylko na to, by je rozwiązać. Ja nie szukam niepotrzebnych wymówek. I nie licytuję się z kimś o to, kto ma bardziej zawalony dzień, kto ma trudniej. I tak wiem, że w tej walce stoję na pozycji przegranej.

O innych czas nie będę prosić i zabiegać, bo dla mnie to już przestało mieć jakikolwiek sens. Po prostu - strata czasu.