15 lutego 2016

Bieganie? Ja? Nigdy w życiu!

Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby nigdy nie mówić 'nigdy'. Cóż, chyba miał rację, bo jak się przekonałam życie nasze niesie różne niespodzianki i nieraz potrafi nas zaskoczyć. Zupełnie tak, jak my sami siebie nieraz zaskakujemy.

Podzielę się z Wami moją pasją, jaką stało się bieganie. Zwykła rzecz, nic specjalnego, a jednak... Coś w tym bieganiu musi być skoro tylu entuzjastów tego sportu przybywa.

Nie wiem, czy mogę i czy wypada mi nazwać się typem sportowca, ale sport i ruch zawsze były nieodłączną częścią mojego życia. Rożnego rodzaju fitness, pilates, to rower, pływanie i przeróżne formy sportu na świeżym powietrzu towarzyszyły mi niemal codziennie. Ale bieganie? Nigdy w życiu! To była taka dyscyplina, przed którą wzbraniałam się rękoma i nogami.

Z politowaniem patrzyłam na biegaczy i zastanawiam się, co oni w tym bezcelowym bieganiu widzą. Po co się tak męczą, a te kontuzje? Po co im to wszystko? Najzabawniejsze, iż mój mąż, stary wyjadacz tematu przez tyleż lat znajomości i małżeństwa nie mógł mi nic z tych rzeczy wytłumaczyć, a co gorsza przekonać do tego, bym choć raz spróbowała...

Przełomem stały się letnie treningi dla mam, chcących wrócić do formy po ciąży. Ucieszyłam się, że z inicjatywy mojej dawnej koleżanki została powołana do życia taka fajna grupa, bo wiadomo, co jak co, ale w grupie raźniej a i motywacja większa. Jedyna rzecz jaka mnie przerażala to właśnie biegi. To one, jak się okazało miały być tematem przewodnim owych treningów...

Ale nie poddawałam się. Trenowałam systematycznie, zmagałam się z ogarniającym mnie nieraz mocnym przemęczeniem, walczyłam z bólem i nieraz miałam po prostu dość...
Minął miesiąc, a ja zauważyłam znaczące zmiany. Bóle powoli ustępowały, mięśnie się wzmocniły, kondycja i wytrzymałość wzrosły. Przebiegniecie 5 km nie stanowiło większych  problemów. A co najważniejsze, zaangażowałam się nie na żarty. Dzień bez treningu, to dzień stracony. A nogi same chciały biegać!  

Dziś mija niespełna 8 miesięcy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z bieganiem. Biegam sama lub z kuzynka, którą sama zachęciłam do tej formy ruchu. Już nie bolą mnie mięśnie, nie mam zadyszki, zwiększyłam swój dystans do 8-10 km, być może to niewiele, ale dla mnie to ogromny osobisty sukces.
Pokonałam siebie, swoje słabości i niechęć do biegania :) Niestraszna mi pogoda - śnieg czy deszcz nie mają znaczenia i nie są przeszkodą, by wyjść na trening.
Już nie dziwię się biegaczom, po co to robią, lecz zrozumiałam w końcu o co w tym bieganiu chodzi i co daje.

No właśnie, co mi bieganie daje? Bardzo dużo.
Nie będę się rozpisywać o fizycznych korzyściach, o nich chyba każdy słyszał, ale że bieganie sprawia tak wiele radości i dosłownie uzależnia, to już trzeba mocno zaznaczyć :)
Dzięki bieganiu zmieniło się nie tylko moje ciało, ale także psychika. Jest 'mocniejsza', bardziej odporna na wszelakie zawirowania życia.
Poza tym bieganie wzmacnia nasze dobre nawyki, jak samodyscyplinę, motywację, efektywne zarządzanie czasem, niezłomne dążenie do wytyczonego celu.
Korzyści z biegania jest o wiele więcej. Każdy biegacz odkrywa swoje i każdy biegacz ma inne motywacje, by biegać. Wszystkie są słuszne.
 
I nie ważne,  czy biegamy kilka miesięcy, czy kilkanaście lat, czy biegamy wolno, czy szybko, czy robimy to po to, by schudnąć, czy biegamy, by startować w maratonach, czy tylko dla własnej przyjemności...
Ważne, że robimy w życiu, to co kochamy. I najważniejsze, że nie poddajemy się gdy robi się pod górkę, lecz idziemy do przodu. Tak powinno być z każdą naszą pasją, nie tylko bieganiem.

Ja tymczasem spokojnie wracam do zdrowia...i baaardzo tęsknię za bieganiem. Już nie mogę się doczekać, jak założę buty i wyjdę na trening. A za kilka miesięcy (mam nadzieję) stanę po raz pierwszy na linii startu zorganizowanych zawodów. To taki mały sprawdzian i niejako prezent za wysiłek, jaki włożyłam, by dołączyć do elitarnej grupy biegaczy :)

19 września 2015

Czas, którego nie ma

Kolejny raz wykręcam numer telefonu. Zajęte. Abonent niedostępny.
Sygnał zajętości lub uporczywy sygnał oczekiwania na połączenie. Bez skutku. SMS-y również pozostają bez odpowiedzi, a czasem pozostają niedostarczone, bo taki a taki numer nie istnieje.

Taka ostatnio naszła mnie nostalgia. Tak mało pozostało numerów telefonu pod który mogę się dodzwonić, pod który w każdym momencie dnia mogę przedzwonić i w słuchawce nie zastanie mnie cisza. Z przykrością stwierdzam, a właściwie z niejaką ulgą przyznaję - że ostatnio solidnie "przeczyściłam" kontakty w swojej komórce. Zrobiłam to z czystym sumieniem i muszę przyznać, że tylko odrobinę przykro mi z powodu utraty dawnych znajomości, być może bliższych przyjaźni. Nic na siłę. 

W ostatnich miesiącach dotarła do mnie pewna prawda. Nikt nie ma czasu, tylko ja. No może przesadziłam, większości tego czasu brakuje, a ja mam go aż nadto. Dosłownie na wszystko, na rozmowę, na spacer, o spotkaniu już nie wspominając. Bo dzieci, bo kolejne studia, bo praca, bo.... i taka niekończąca się wyliczanka, powiedzmy to szczerze - wymówek.

Rozumiem, każdy ma swoje "zawalone życiem" życie i dla każdego ważne są minuty pędzącego nieubłaganie czasu. Rozumiem, że czasem naprawdę nie ma czasu na spotkanie, na kawę w miłym towarzystwie. Ale coś chyba nie gra, gdy kolejny, n-ty raz słyszę to samo. Nie mam kiedy, może w najbliższym czasie, zgadamy się. Takie rzucane od niechcenia słowa, tylko po to, by się "odczepić". Ileż można słuchać wiecznie tych samych wymówek, ileż można czekać na umówiony w najbliższym czasie telefon, na ustalenie terminu?

Najbardziej smutno, gdy ktoś zmienia numer telefonu i w tm "nowym" już mój kontakt nie zostaje zapisany. To chyba o czymś świadczy, prawda? Dla mnie oczywisty znak, że ja z tych znajomości zostałam usunięta. 

Nic na siłę, ostatnio mocno się tego trzymam. Nie piszę już setnego sms-a, który i tak wiem, pozostanie bez odpowiedzi, nie próbuję dzwonić do kogoś, kto i tak wiem, nie odbierze i nie oddzwoni. Dla pewności usunęłam z telefonu wszystkie te kontakty, które od dłuższego czasu są głuche lub jałowe, by nie kusiło mnie ponowne -  a może znów napiszę, zapytam co słychać, zaproponuję spotkanie? 
Po co? Idiotką jesteś, czy co? Nie dociera do Ciebie fakt, że ktoś nie ma dla Ciebie czasu, że ma Cię po prostu gdzieś? Że jesteś tak mało istotna, by ktoś znalazł dla Ciebie choć odrobinę tego swojego cennego czasu? Idiotką byłam, już teraz nie. 

Czy ja mam czas? Myślę, że tak. Zawsze się znajdzie dla kogoś ważnego, nawet dla nieznajomego, jeśli mnie o to poprosi. Wiem, że niektórzy zarzucić by mogli, że tak nie jest, ale uwierzcie mi, czasem są w życiu tak trudne sytuacje (naprawdę w moim życiu też się takie pojawiają!), że czas przeznacza się tylko na to, by je rozwiązać. Ja nie szukam niepotrzebnych wymówek. I nie licytuję się z kimś o to, kto ma bardziej zawalony dzień, kto ma trudniej. I tak wiem, że w tej walce stoję na pozycji przegranej.

O innych czas nie będę prosić i zabiegać, bo dla mnie to już przestało mieć jakikolwiek sens. Po prostu - strata czasu.

23 stycznia 2015

Szpitalna rzeczywistość

Ten rok nie zaczął się dla mnie zbyt optymistycznie. Właściwie dla mojego małego szkraba.

Zaczęło się od zwykłego katarku. Prawie czekała nas wizyta na pierwsze szczepienie. Niestety zostało odroczone, wizyta za 2 dni, po domowym leczeniu. A przez te dwa dni, taka zmiana, na którą totalnie nie byłam przygotowana.

Kontrolna wizyta u lekarza i słowa: "Musicie jak najszybciej jechać do szpitala". Szok. Z godziny na godzinę stan malucha pogarszał się diametralnie. A najgorsze, że tak "gołym okiem" nie było tego widać.. I to uśpiło moją czujność przez te nieszczęsne dwa dni.

Telefon do męża, a potem godzina totalnego zastoju. Nie wiedziałam, co czynić, co spakować, bo oczywistym było, że skoro skierowanie do szpitala mam, to już tam zostaniemy na kilka dni. Taka głupia bezsilność. A mały? Spał słodko i wcale na chorego nie wyglądał...

Potem długie oczekiwanie przed Izbą Przyjęć. Coraz gorsze myśli, płaczące i krzyczące chore dzieci, płaczące matki, bladzi ojcowie i bezradnie pocieszający swe żony. 
W końcu po wstępnych badaniach przyjecie na Oddział Niemowlęcy. Ulokowanie w małej salce z drugą mamą i jej 3 miesięczną córeczką. 
Mikołaj zostaje zabrany na kolejne szczegółowe badania, podłączony do kroplówki, ma założony wenflon - w tej malutkiej, kruchej rączce. Paskudny widok. Teraz dopiero zauważam jak ciężko mu się oddycha i że tak nagle pojawił się duszący kaszelek. Diagnoza, niby banalna (a może nie) - zapalenie płuc. Czeka nas około tygodniowe leczenie szpitalne. I tak zaczęła się nasza "przygoda" ze szpitalem.

Codzienne badania, tony lekarstw podawanych dożylnie i doustnie, kroplówki, inhalacje. Żyły nie wytrzymują i się zapychają, trzeba znaleźć nowe miejsce na wkłucie. I tak dwa razy.
Niby stan się poprawia, a tu w trzeciej dobie Mikołaj zaczyna przeraźliwie płakać, nie można go w żaden sposób uspokoić, podanie piersi w ogóle nie pomaga, bo prawie dopadł mnie jakiś kryzys laktacyjny - potem dochodzę do wniosku, że przez ten ciągły stres i brak normalnego odżywiania zanikło mi mleko.
I tak męczymy się razem przez dwie doby. Ciągły płacz dziecka, brak pokarmu. Pielęgniarki robią co mogą, by mi pomóc a Mikusiowi ulżyć. Lekarze włączają dodatkowe leki, bo w ich ocenie dołączyły dolegliwości brzuszne. Po dwóch długich dniach i nocach jest znaczna poprawa. Tak w szpitalnej rzeczywistości mija nam  6 długich dni.

A szpitalna rzeczywistość nie jest kolorowa. Noce "przekimane" na materacu, potem leżaku, mało miejsca, sale przeszklone ze wszystkich stron, także o odrobinie intymności i prywatności nie ma mowy. Z koleżanką jako jedyne miałyśmy tak małe dzieci, karmiłyśmy je piersią, a zewsząd musiałyśmy uważać na ciekawskie spojrzenia odwiedzających (głownie mężczyzn) przez szklane okienka. Żenujące.
Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do tego.

Pierwsze dwa dni upłynęły mi na pewnej adaptacji do nowej niespodziewanej sytuacji,na zmaganiu się z lękiem o zdrowie maleństwa, walką z bezgranicznym zmęczeniem, wręcz wyczerpaniem fizycznym i psychicznym. W trzeciej dobie razem z koleżanką dopadł nas kryzys, wyłyśmy całe przedpołudnie, ja na zmianę z moim małym. A od czwartej doby już jakoś poszło. Totalna stagnacja, apatia, pogodzenie się z całą tą rzeczywistością. I tylko nadzieja, że może już jutro nas wypuszczą trzymała nas przy życiu. 

Wiem, że całkiem niedawno ruszyła akcja "Szpital przyjazny rodzicom". Ma na celu wypracowanie takich standardów, by opiekunowie dzieci podczas pobytu na oddziałach dziecięcych mogli liczyć na godne warunki. Na standard budynku i oddziału nie ma się za bardzo wpływu. Małe salki, gdzie jedynie da się wstawić jakiś leżak,jedynie kilka pojedynczych sal z łóżkiem dla rodzica.Dla opiekunów do dyspozycji prysznic, mikrofalówka, lodówka i czajnik. Można zamówić catering. Taki hotel o najniższym standardzie. Da się przeżyć. A w ogóle w obliczu lęku o zdrowie i życie dziecka, czy rodzic zwraca uwagę na takie rzeczy?? Raczej nie.

Ale nie te warunki są najważniejsze, najważniejsi są ludzie. Lekarze, pielęgniarki, współtowarzysze niedoli. Muszę przyznać, że lekarze rewelacyjni, większość pielęgniarek również. Czułam się jak partner w leczeniu mojego dziecka, nie jak intruz. Mogłam pytać i dostawałam rzetelną odpowiedź, pielęgniarki pędziły z pomocą bez proszenia ich o to. Nie mniej ważny uśmiech na twarzy, pokrzepiające słowo, świetne podejście do dziecka. To dodawało nam, matkom sił i nadziei, że wszystko wróci do normy i będzie dobrze. Dużo się zmieniło pod tym względem.

Minęły niespełna 2 tygodnie, jak jesteśmy juz w domu, ale te wszystkie przeżycia mocno jeszcze tkwią we mnie. Z lękiem obserwuję swojego malucha i ciągle zastanawiam się, czy aby na pewno jest już zdrowy, czy  nie będzie mieć takiego ciężkiego nawrotu. Bo przecież zaczęło się tylko od zwykłego katarku.

Nie chciałabym tam wrócić. Nigdy. 

5 stycznia 2015

Mama do poprawki

Nowy Rok, nowe nadzieje, nowe plany... nowy początek :) A ja u progu Nowego Roku obiecałam sobie, że będę lepszą mamą. Lepszą to w moim osobistym słowniku znaczy... spokojniejszą i bardziej cierpliwą. Oj, tej cierpliwości bardzo mi brakuje. Mam ochotę gryźć, gdy kolejny raz słyszę to samo pytanie trzylatka, gdy moje słowa trafiają w próżnię, gdy aromat gorącej zupy kusi tylko mnie... Tych 'gdy' jest mnóstwo.

Nie wiem z czego wynika moja irytacja. Może z tego, że nie pamiętam co to znaczy sen, czas na kawę, na spokojną kąpiel? Może z ukrytych pragnień, a może z lęku, że z czymś sobie nie poradzę, że coś złego się stanie, że nie będzie tak, jak sobie zaplanowałam? Całkiem możliwe. 
Ale mnie to wcale nie pociesza, że odnajduję przyczyny mojego niespokojnego ducha. Wręcz przeciwnie. Mam wyrzuty sumienia, że pomimo to, nie jestem perfekcjonistką, taką mamą, jaką ukazują media... A więc: mamą, która pomimo braku snu jest zawsze uśmiechnięta, spokojna, która pomiędzy 'zajmowaniem się niemowlęciem i małym dzieckiem' znajduje czas na odpoczynek, relaksującą kąpiel, perfekcyjny makijaż, a i nie zapomnijmy, czas i siły na godzinny trening, bo mamie "tuż po porodzie" nie przystoi mieć brzuszka i innych krągłości :)

Taki obraz matki przedstawiają media i ja mam niestety wrażenie, że również nagonka "innych bardziej i mniej  zainteresowanych", aby takową mamą być jest również silna. 
I ja tak dumam i dumam i dochodzę do wniosku, że ja taką mamą nigdy nie będę. Zawsze w jakiejś sferze znajdę niedociągnięcie. Tylko, czy się tym przejmuję? Niestety tak!

Pomimo tego, dla mnie bycie mamą, to bycie kobietą niedoskonałą. Taką, co po nieprzespanej nocy, zwleka się z łóżka najwcześniej o 9 rano, je byle co, by tylko zagłuszyć głód, ugotuje na obiad tylko zupę, a nie obiad z trzech dań, zamiast perfekcyjnie wysprzątanego domu woli iść na spacer z dzieciakami, zamiast smoczka na uspokojenie woli podać pierś, która lubuje się w modzie sportowej zamiast eleganckiej... 

Myślę, że bycie taką zwyczajną mamą jest bardziej 'fajne" od bycia tą perfekcyjną.  
I ten brak ideału przejawia się również w tym, że zwyczajnej mamie nie zawsze dopisuje humor, nie zawsze ma morze cierpliwości w obliczu wiecznie płaczącego niemowlęcia i rozbrykanego dzieciaka, że popada w stany depresyjne i ma takie chwile, że zamyka się w łazience z bezsilności.

Jestem zwyczajną mamą, z ludzkimi słabościami, ale fakt, że pragnę być tą perfekcyjną (bo inni tak chcą, bo czuję się przymuszana?) sprawia, że muszę popracować nad sobą i stać się... bardziej spokojną i cierpliwą :)A to tylko wierzchołek mojej góry niedoskonałości :)
Czy mi się to uda? Być może na dłuższą metę nie, ale.. jak na razie naprawa mojej niedoskonałości idzie mi całkiem dobrze :)
 

20 września 2014

Przedszkolne dylematy

Wrzesień. Zaczął się totalny koszmar.
Dla mnie i dla mojego synka.

Przedszkole. Wydawało mi się (chyba błędne twierdzenie), że Synek bardzo dobrze odnajdzie się w nowej rzeczywistości, że sobie poradzi, a przede wszystkim miałam pewność, że tam znajdzie zrozumienie, jakąś tam pomoc w adaptacji i nie będzie porównywane do innych dzieci.

Pierwszy tydzień był niesamowicie ciężki. Ciągły płacz, wręcz (tak to nazwano) histeria. Nigdy nie zapomnę pewnego dnia, jak przyszłam Go odebrać. Wchodzę do jadalni, prawie dzieci jadły podwieczorek. Zobaczyłam mojego Synka jak siedzi cały otępiały, patrzy w jeden punkt, a jego smutne oczy i buźka pozostaną w mojej pamięci do końca życia. Gdy go delikatnie dotknęłam i zagadałam po imieniu - rzucił mi się na szyję i zaczął płakać. A ja razem z nim. Nie spałam kilka nocy, a przed oczami ciągle przewijał mi się ten obraz. 

Minął tydzień, sytuacja zmieniła się na diametralnie inną. Teraz przy odbiorze słyszę same negatywne rzeczy. Żadnych plusów. Mam wrażenie, że moje dziecko jako jedyne w przedszkolu sprawia problemy, a ja jako matka jestem najbardziej nieudolną wychowawczo matką.
Mój Synek między innymi zaczepia inne dzieci, rozsypuje zabawki, nie chce jeść samodzielnie, nie chce się samo rozebrać i ubrać, nie usiedzi w miejscu przez 2 godziny, bez powodu zaczyna krzyczeć, płakać i wpada w taką histerię, że podobno nie da się Go uspokoić. Generalnie nastawione jest na ciągłe NIE.
Oczywiście tylko moje dziecko się tak zachowuje. Inne są grzeczne, siedzą cicho, pięknie się bawią, pięknie (samodzielne) jedzą itp. 

W czym problem?
Nie wiem. Mam wrażenie, że niespełna 3-latek musi perfekcyjnie wszystko umieć zrobić, co tylko zażąda nauczycielka. Niedopuszczalny jest sprzeciw. W sumie to chyba nikt nie bierze pod uwagę tego, że wszystko na nie, to taka typowa postawa zbuntowanego 3-latka. A może się mylę?

Po ostatnim monologu wychowawczyni grupy mam mieszane uczucia. 
Zastanawiam się, czy takie krnąbrne zachowanie Synka nie wynika czasami z tego, że przeżywa trudne chwile związane z adaptacją w nowym środowisku (uważam, że ma do tego prawo), a może po prostu jest mówiąc prosto z mostu źle wychowane, nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Tym bardziej do przebywania w grupie rówieśniczej? Odnoszę wrażenie, że to ja ponoszę za wszystko winę. 

Moje dziecko ciągle słyszy (nie ode mnie), że jest takie i owakie, że to robi źle, tamto źle, że tego jeszcze nie potrafi. Ciągle jest porównywane do innych dzieci. I nieistotne, że są one czasem niemal 8-10 miesięcy starsze od niego. A ja się zastanawiam, jak ma by grzeczne, skoro otrzymuje w stosunku do swojej osoby same negatywne przekazy?

Po ostatnim piątku mam ogromne wyrzuty sumienia, bo nie potrafiłam stanąć w obronie swojego dziecka. To nie nieprawda, że On taki po prostu jest, On taki bywa, ale chyba jak każdy trzylatek. W domu sam ładnie je, albo stara się to robić, jest pomocny, radosny, umie się sam ładnie i z innymi bawić, sam od siebie sprząta po sobie zabawki i ze stołu. Ale przecież to nieistotne, bo przecież w przedszkolu i tam gdzie nie czuje się najlepiej taki nie jest i zamienia się w diabełka. A nikt nie będzie wierzył matce, która zapewne nigdy nie będzie obiektywna w stosunku do swojej pociechy.

We wspomniany piątek Domiś stracił całą swoją radość życia. Szedł do domu smutny i w ogóle się nie odzywał, co jest zupełnie do niego niepodobne. W przedszkolu nic nie zjadł i potem w domu już do końca dnia również nic. Na nic nie miał ochoty. W nocy spał niespokojnie i płakał przez sen. 
Mam wrażenie, ze w ostaniach tygodniach mój Synek stał się innym dzieckiem.
Cały czas biję się z myślami, czy nie lepiej zabrać go z przedszkola, czy przeczekać jeszcze trochę.

Przyznaję szczerze, że czasami nie mam sił Go bronic przed osądami innych. I tak wiem, że każdy ma swoją teorię, a mój Synek już chyba do końca przedszkola będzie miał przyszytą łatkę niegrzecznego dziecka. I tylko przez taki pryzmat będzie oceniany. Jestem przerażona tym, że już w przedszkolu dziecko jest ciągle porównywane do innych, że nie ma miejsca na indywidualność, zróżnicowany charakter, temperament.

Po tych kilku tygodniach września jedno wiem na pewno. Że mój Synek jest najbardziej problematycznym dzieckiem w przedszkolu, a ja nie sprawdziłam się w roli mamy.

Bieganie? Ja? Nigdy w życiu!

Ktoś mi kiedyś powiedział, żeby nigdy nie mówić 'nigdy'. Cóż, chyba miał rację, bo jak się przekonałam życie nasze niesie różne niespodzianki i nieraz potrafi nas zaskoczyć. Zupełnie tak, jak my sami siebie nieraz zaskakujemy.

Podzielę się z Wami moją pasją, jaką stało się bieganie. Zwykła rzecz, nic specjalnego, a jednak... Coś w tym bieganiu musi być skoro tylu entuzjastów tego sportu przybywa.

Nie wiem, czy mogę i czy wypada mi nazwać się typem sportowca, ale sport i ruch zawsze były nieodłączną częścią mojego życia. Rożnego rodzaju fitness, pilates, to rower, pływanie i przeróżne formy sportu na świeżym powietrzu towarzyszyły mi niemal codziennie. Ale bieganie? Nigdy w życiu! To była taka dyscyplina, przed którą wzbraniałam się rękoma i nogami.

Z politowaniem patrzyłam na biegaczy i zastanawiam się, co oni w tym bezcelowym bieganiu widzą. Po co się tak męczą, a te kontuzje? Po co im to wszystko? Najzabawniejsze, iż mój mąż, stary wyjadacz tematu przez tyleż lat znajomości i małżeństwa nie mógł mi nic z tych rzeczy wytłumaczyć, a co gorsza przekonać do tego, bym choć raz spróbowała...

Przełomem stały się letnie treningi dla mam, chcących wrócić do formy po ciąży. Ucieszyłam się, że z inicjatywy mojej dawnej koleżanki została powołana do życia taka fajna grupa, bo wiadomo, co jak co, ale w grupie raźniej a i motywacja większa. Jedyna rzecz jaka mnie przerażala to właśnie biegi. To one, jak się okazało miały być tematem przewodnim owych treningów...

Ale nie poddawałam się. Trenowałam systematycznie, zmagałam się z ogarniającym mnie nieraz mocnym przemęczeniem, walczyłam z bólem i nieraz miałam po prostu dość...
Minął miesiąc, a ja zauważyłam znaczące zmiany. Bóle powoli ustępowały, mięśnie się wzmocniły, kondycja i wytrzymałość wzrosły. Przebiegniecie 5 km nie stanowiło większych  problemów. A co najważniejsze, zaangażowałam się nie na żarty. Dzień bez treningu, to dzień stracony. A nogi same chciały biegać!  

Dziś mija niespełna 8 miesięcy odkąd rozpoczęłam swoją przygodę z bieganiem. Biegam sama lub z kuzynka, którą sama zachęciłam do tej formy ruchu. Już nie bolą mnie mięśnie, nie mam zadyszki, zwiększyłam swój dystans do 8-10 km, być może to niewiele, ale dla mnie to ogromny osobisty sukces.
Pokonałam siebie, swoje słabości i niechęć do biegania :) Niestraszna mi pogoda - śnieg czy deszcz nie mają znaczenia i nie są przeszkodą, by wyjść na trening.
Już nie dziwię się biegaczom, po co to robią, lecz zrozumiałam w końcu o co w tym bieganiu chodzi i co daje.

No właśnie, co mi bieganie daje? Bardzo dużo.
Nie będę się rozpisywać o fizycznych korzyściach, o nich chyba każdy słyszał, ale że bieganie sprawia tak wiele radości i dosłownie uzależnia, to już trzeba mocno zaznaczyć :)
Dzięki bieganiu zmieniło się nie tylko moje ciało, ale także psychika. Jest 'mocniejsza', bardziej odporna na wszelakie zawirowania życia.
Poza tym bieganie wzmacnia nasze dobre nawyki, jak samodyscyplinę, motywację, efektywne zarządzanie czasem, niezłomne dążenie do wytyczonego celu.
Korzyści z biegania jest o wiele więcej. Każdy biegacz odkrywa swoje i każdy biegacz ma inne motywacje, by biegać. Wszystkie są słuszne.
 
I nie ważne,  czy biegamy kilka miesięcy, czy kilkanaście lat, czy biegamy wolno, czy szybko, czy robimy to po to, by schudnąć, czy biegamy, by startować w maratonach, czy tylko dla własnej przyjemności...
Ważne, że robimy w życiu, to co kochamy. I najważniejsze, że nie poddajemy się gdy robi się pod górkę, lecz idziemy do przodu. Tak powinno być z każdą naszą pasją, nie tylko bieganiem.

Ja tymczasem spokojnie wracam do zdrowia...i baaardzo tęsknię za bieganiem. Już nie mogę się doczekać, jak założę buty i wyjdę na trening. A za kilka miesięcy (mam nadzieję) stanę po raz pierwszy na linii startu zorganizowanych zawodów. To taki mały sprawdzian i niejako prezent za wysiłek, jaki włożyłam, by dołączyć do elitarnej grupy biegaczy :)

Czas, którego nie ma

Kolejny raz wykręcam numer telefonu. Zajęte. Abonent niedostępny.
Sygnał zajętości lub uporczywy sygnał oczekiwania na połączenie. Bez skutku. SMS-y również pozostają bez odpowiedzi, a czasem pozostają niedostarczone, bo taki a taki numer nie istnieje.

Taka ostatnio naszła mnie nostalgia. Tak mało pozostało numerów telefonu pod który mogę się dodzwonić, pod który w każdym momencie dnia mogę przedzwonić i w słuchawce nie zastanie mnie cisza. Z przykrością stwierdzam, a właściwie z niejaką ulgą przyznaję - że ostatnio solidnie "przeczyściłam" kontakty w swojej komórce. Zrobiłam to z czystym sumieniem i muszę przyznać, że tylko odrobinę przykro mi z powodu utraty dawnych znajomości, być może bliższych przyjaźni. Nic na siłę. 

W ostatnich miesiącach dotarła do mnie pewna prawda. Nikt nie ma czasu, tylko ja. No może przesadziłam, większości tego czasu brakuje, a ja mam go aż nadto. Dosłownie na wszystko, na rozmowę, na spacer, o spotkaniu już nie wspominając. Bo dzieci, bo kolejne studia, bo praca, bo.... i taka niekończąca się wyliczanka, powiedzmy to szczerze - wymówek.

Rozumiem, każdy ma swoje "zawalone życiem" życie i dla każdego ważne są minuty pędzącego nieubłaganie czasu. Rozumiem, że czasem naprawdę nie ma czasu na spotkanie, na kawę w miłym towarzystwie. Ale coś chyba nie gra, gdy kolejny, n-ty raz słyszę to samo. Nie mam kiedy, może w najbliższym czasie, zgadamy się. Takie rzucane od niechcenia słowa, tylko po to, by się "odczepić". Ileż można słuchać wiecznie tych samych wymówek, ileż można czekać na umówiony w najbliższym czasie telefon, na ustalenie terminu?

Najbardziej smutno, gdy ktoś zmienia numer telefonu i w tm "nowym" już mój kontakt nie zostaje zapisany. To chyba o czymś świadczy, prawda? Dla mnie oczywisty znak, że ja z tych znajomości zostałam usunięta. 

Nic na siłę, ostatnio mocno się tego trzymam. Nie piszę już setnego sms-a, który i tak wiem, pozostanie bez odpowiedzi, nie próbuję dzwonić do kogoś, kto i tak wiem, nie odbierze i nie oddzwoni. Dla pewności usunęłam z telefonu wszystkie te kontakty, które od dłuższego czasu są głuche lub jałowe, by nie kusiło mnie ponowne -  a może znów napiszę, zapytam co słychać, zaproponuję spotkanie? 
Po co? Idiotką jesteś, czy co? Nie dociera do Ciebie fakt, że ktoś nie ma dla Ciebie czasu, że ma Cię po prostu gdzieś? Że jesteś tak mało istotna, by ktoś znalazł dla Ciebie choć odrobinę tego swojego cennego czasu? Idiotką byłam, już teraz nie. 

Czy ja mam czas? Myślę, że tak. Zawsze się znajdzie dla kogoś ważnego, nawet dla nieznajomego, jeśli mnie o to poprosi. Wiem, że niektórzy zarzucić by mogli, że tak nie jest, ale uwierzcie mi, czasem są w życiu tak trudne sytuacje (naprawdę w moim życiu też się takie pojawiają!), że czas przeznacza się tylko na to, by je rozwiązać. Ja nie szukam niepotrzebnych wymówek. I nie licytuję się z kimś o to, kto ma bardziej zawalony dzień, kto ma trudniej. I tak wiem, że w tej walce stoję na pozycji przegranej.

O innych czas nie będę prosić i zabiegać, bo dla mnie to już przestało mieć jakikolwiek sens. Po prostu - strata czasu.

Szpitalna rzeczywistość

Ten rok nie zaczął się dla mnie zbyt optymistycznie. Właściwie dla mojego małego szkraba.

Zaczęło się od zwykłego katarku. Prawie czekała nas wizyta na pierwsze szczepienie. Niestety zostało odroczone, wizyta za 2 dni, po domowym leczeniu. A przez te dwa dni, taka zmiana, na którą totalnie nie byłam przygotowana.

Kontrolna wizyta u lekarza i słowa: "Musicie jak najszybciej jechać do szpitala". Szok. Z godziny na godzinę stan malucha pogarszał się diametralnie. A najgorsze, że tak "gołym okiem" nie było tego widać.. I to uśpiło moją czujność przez te nieszczęsne dwa dni.

Telefon do męża, a potem godzina totalnego zastoju. Nie wiedziałam, co czynić, co spakować, bo oczywistym było, że skoro skierowanie do szpitala mam, to już tam zostaniemy na kilka dni. Taka głupia bezsilność. A mały? Spał słodko i wcale na chorego nie wyglądał...

Potem długie oczekiwanie przed Izbą Przyjęć. Coraz gorsze myśli, płaczące i krzyczące chore dzieci, płaczące matki, bladzi ojcowie i bezradnie pocieszający swe żony. 
W końcu po wstępnych badaniach przyjecie na Oddział Niemowlęcy. Ulokowanie w małej salce z drugą mamą i jej 3 miesięczną córeczką. 
Mikołaj zostaje zabrany na kolejne szczegółowe badania, podłączony do kroplówki, ma założony wenflon - w tej malutkiej, kruchej rączce. Paskudny widok. Teraz dopiero zauważam jak ciężko mu się oddycha i że tak nagle pojawił się duszący kaszelek. Diagnoza, niby banalna (a może nie) - zapalenie płuc. Czeka nas około tygodniowe leczenie szpitalne. I tak zaczęła się nasza "przygoda" ze szpitalem.

Codzienne badania, tony lekarstw podawanych dożylnie i doustnie, kroplówki, inhalacje. Żyły nie wytrzymują i się zapychają, trzeba znaleźć nowe miejsce na wkłucie. I tak dwa razy.
Niby stan się poprawia, a tu w trzeciej dobie Mikołaj zaczyna przeraźliwie płakać, nie można go w żaden sposób uspokoić, podanie piersi w ogóle nie pomaga, bo prawie dopadł mnie jakiś kryzys laktacyjny - potem dochodzę do wniosku, że przez ten ciągły stres i brak normalnego odżywiania zanikło mi mleko.
I tak męczymy się razem przez dwie doby. Ciągły płacz dziecka, brak pokarmu. Pielęgniarki robią co mogą, by mi pomóc a Mikusiowi ulżyć. Lekarze włączają dodatkowe leki, bo w ich ocenie dołączyły dolegliwości brzuszne. Po dwóch długich dniach i nocach jest znaczna poprawa. Tak w szpitalnej rzeczywistości mija nam  6 długich dni.

A szpitalna rzeczywistość nie jest kolorowa. Noce "przekimane" na materacu, potem leżaku, mało miejsca, sale przeszklone ze wszystkich stron, także o odrobinie intymności i prywatności nie ma mowy. Z koleżanką jako jedyne miałyśmy tak małe dzieci, karmiłyśmy je piersią, a zewsząd musiałyśmy uważać na ciekawskie spojrzenia odwiedzających (głownie mężczyzn) przez szklane okienka. Żenujące.
Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do tego.

Pierwsze dwa dni upłynęły mi na pewnej adaptacji do nowej niespodziewanej sytuacji,na zmaganiu się z lękiem o zdrowie maleństwa, walką z bezgranicznym zmęczeniem, wręcz wyczerpaniem fizycznym i psychicznym. W trzeciej dobie razem z koleżanką dopadł nas kryzys, wyłyśmy całe przedpołudnie, ja na zmianę z moim małym. A od czwartej doby już jakoś poszło. Totalna stagnacja, apatia, pogodzenie się z całą tą rzeczywistością. I tylko nadzieja, że może już jutro nas wypuszczą trzymała nas przy życiu. 

Wiem, że całkiem niedawno ruszyła akcja "Szpital przyjazny rodzicom". Ma na celu wypracowanie takich standardów, by opiekunowie dzieci podczas pobytu na oddziałach dziecięcych mogli liczyć na godne warunki. Na standard budynku i oddziału nie ma się za bardzo wpływu. Małe salki, gdzie jedynie da się wstawić jakiś leżak,jedynie kilka pojedynczych sal z łóżkiem dla rodzica.Dla opiekunów do dyspozycji prysznic, mikrofalówka, lodówka i czajnik. Można zamówić catering. Taki hotel o najniższym standardzie. Da się przeżyć. A w ogóle w obliczu lęku o zdrowie i życie dziecka, czy rodzic zwraca uwagę na takie rzeczy?? Raczej nie.

Ale nie te warunki są najważniejsze, najważniejsi są ludzie. Lekarze, pielęgniarki, współtowarzysze niedoli. Muszę przyznać, że lekarze rewelacyjni, większość pielęgniarek również. Czułam się jak partner w leczeniu mojego dziecka, nie jak intruz. Mogłam pytać i dostawałam rzetelną odpowiedź, pielęgniarki pędziły z pomocą bez proszenia ich o to. Nie mniej ważny uśmiech na twarzy, pokrzepiające słowo, świetne podejście do dziecka. To dodawało nam, matkom sił i nadziei, że wszystko wróci do normy i będzie dobrze. Dużo się zmieniło pod tym względem.

Minęły niespełna 2 tygodnie, jak jesteśmy juz w domu, ale te wszystkie przeżycia mocno jeszcze tkwią we mnie. Z lękiem obserwuję swojego malucha i ciągle zastanawiam się, czy aby na pewno jest już zdrowy, czy  nie będzie mieć takiego ciężkiego nawrotu. Bo przecież zaczęło się tylko od zwykłego katarku.

Nie chciałabym tam wrócić. Nigdy. 

Mama do poprawki

Nowy Rok, nowe nadzieje, nowe plany... nowy początek :) A ja u progu Nowego Roku obiecałam sobie, że będę lepszą mamą. Lepszą to w moim osobistym słowniku znaczy... spokojniejszą i bardziej cierpliwą. Oj, tej cierpliwości bardzo mi brakuje. Mam ochotę gryźć, gdy kolejny raz słyszę to samo pytanie trzylatka, gdy moje słowa trafiają w próżnię, gdy aromat gorącej zupy kusi tylko mnie... Tych 'gdy' jest mnóstwo.

Nie wiem z czego wynika moja irytacja. Może z tego, że nie pamiętam co to znaczy sen, czas na kawę, na spokojną kąpiel? Może z ukrytych pragnień, a może z lęku, że z czymś sobie nie poradzę, że coś złego się stanie, że nie będzie tak, jak sobie zaplanowałam? Całkiem możliwe. 
Ale mnie to wcale nie pociesza, że odnajduję przyczyny mojego niespokojnego ducha. Wręcz przeciwnie. Mam wyrzuty sumienia, że pomimo to, nie jestem perfekcjonistką, taką mamą, jaką ukazują media... A więc: mamą, która pomimo braku snu jest zawsze uśmiechnięta, spokojna, która pomiędzy 'zajmowaniem się niemowlęciem i małym dzieckiem' znajduje czas na odpoczynek, relaksującą kąpiel, perfekcyjny makijaż, a i nie zapomnijmy, czas i siły na godzinny trening, bo mamie "tuż po porodzie" nie przystoi mieć brzuszka i innych krągłości :)

Taki obraz matki przedstawiają media i ja mam niestety wrażenie, że również nagonka "innych bardziej i mniej  zainteresowanych", aby takową mamą być jest również silna. 
I ja tak dumam i dumam i dochodzę do wniosku, że ja taką mamą nigdy nie będę. Zawsze w jakiejś sferze znajdę niedociągnięcie. Tylko, czy się tym przejmuję? Niestety tak!

Pomimo tego, dla mnie bycie mamą, to bycie kobietą niedoskonałą. Taką, co po nieprzespanej nocy, zwleka się z łóżka najwcześniej o 9 rano, je byle co, by tylko zagłuszyć głód, ugotuje na obiad tylko zupę, a nie obiad z trzech dań, zamiast perfekcyjnie wysprzątanego domu woli iść na spacer z dzieciakami, zamiast smoczka na uspokojenie woli podać pierś, która lubuje się w modzie sportowej zamiast eleganckiej... 

Myślę, że bycie taką zwyczajną mamą jest bardziej 'fajne" od bycia tą perfekcyjną.  
I ten brak ideału przejawia się również w tym, że zwyczajnej mamie nie zawsze dopisuje humor, nie zawsze ma morze cierpliwości w obliczu wiecznie płaczącego niemowlęcia i rozbrykanego dzieciaka, że popada w stany depresyjne i ma takie chwile, że zamyka się w łazience z bezsilności.

Jestem zwyczajną mamą, z ludzkimi słabościami, ale fakt, że pragnę być tą perfekcyjną (bo inni tak chcą, bo czuję się przymuszana?) sprawia, że muszę popracować nad sobą i stać się... bardziej spokojną i cierpliwą :)A to tylko wierzchołek mojej góry niedoskonałości :)
Czy mi się to uda? Być może na dłuższą metę nie, ale.. jak na razie naprawa mojej niedoskonałości idzie mi całkiem dobrze :)
 

Przedszkolne dylematy

Wrzesień. Zaczął się totalny koszmar.
Dla mnie i dla mojego synka.

Przedszkole. Wydawało mi się (chyba błędne twierdzenie), że Synek bardzo dobrze odnajdzie się w nowej rzeczywistości, że sobie poradzi, a przede wszystkim miałam pewność, że tam znajdzie zrozumienie, jakąś tam pomoc w adaptacji i nie będzie porównywane do innych dzieci.

Pierwszy tydzień był niesamowicie ciężki. Ciągły płacz, wręcz (tak to nazwano) histeria. Nigdy nie zapomnę pewnego dnia, jak przyszłam Go odebrać. Wchodzę do jadalni, prawie dzieci jadły podwieczorek. Zobaczyłam mojego Synka jak siedzi cały otępiały, patrzy w jeden punkt, a jego smutne oczy i buźka pozostaną w mojej pamięci do końca życia. Gdy go delikatnie dotknęłam i zagadałam po imieniu - rzucił mi się na szyję i zaczął płakać. A ja razem z nim. Nie spałam kilka nocy, a przed oczami ciągle przewijał mi się ten obraz. 

Minął tydzień, sytuacja zmieniła się na diametralnie inną. Teraz przy odbiorze słyszę same negatywne rzeczy. Żadnych plusów. Mam wrażenie, że moje dziecko jako jedyne w przedszkolu sprawia problemy, a ja jako matka jestem najbardziej nieudolną wychowawczo matką.
Mój Synek między innymi zaczepia inne dzieci, rozsypuje zabawki, nie chce jeść samodzielnie, nie chce się samo rozebrać i ubrać, nie usiedzi w miejscu przez 2 godziny, bez powodu zaczyna krzyczeć, płakać i wpada w taką histerię, że podobno nie da się Go uspokoić. Generalnie nastawione jest na ciągłe NIE.
Oczywiście tylko moje dziecko się tak zachowuje. Inne są grzeczne, siedzą cicho, pięknie się bawią, pięknie (samodzielne) jedzą itp. 

W czym problem?
Nie wiem. Mam wrażenie, że niespełna 3-latek musi perfekcyjnie wszystko umieć zrobić, co tylko zażąda nauczycielka. Niedopuszczalny jest sprzeciw. W sumie to chyba nikt nie bierze pod uwagę tego, że wszystko na nie, to taka typowa postawa zbuntowanego 3-latka. A może się mylę?

Po ostatnim monologu wychowawczyni grupy mam mieszane uczucia. 
Zastanawiam się, czy takie krnąbrne zachowanie Synka nie wynika czasami z tego, że przeżywa trudne chwile związane z adaptacją w nowym środowisku (uważam, że ma do tego prawo), a może po prostu jest mówiąc prosto z mostu źle wychowane, nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Tym bardziej do przebywania w grupie rówieśniczej? Odnoszę wrażenie, że to ja ponoszę za wszystko winę. 

Moje dziecko ciągle słyszy (nie ode mnie), że jest takie i owakie, że to robi źle, tamto źle, że tego jeszcze nie potrafi. Ciągle jest porównywane do innych dzieci. I nieistotne, że są one czasem niemal 8-10 miesięcy starsze od niego. A ja się zastanawiam, jak ma by grzeczne, skoro otrzymuje w stosunku do swojej osoby same negatywne przekazy?

Po ostatnim piątku mam ogromne wyrzuty sumienia, bo nie potrafiłam stanąć w obronie swojego dziecka. To nie nieprawda, że On taki po prostu jest, On taki bywa, ale chyba jak każdy trzylatek. W domu sam ładnie je, albo stara się to robić, jest pomocny, radosny, umie się sam ładnie i z innymi bawić, sam od siebie sprząta po sobie zabawki i ze stołu. Ale przecież to nieistotne, bo przecież w przedszkolu i tam gdzie nie czuje się najlepiej taki nie jest i zamienia się w diabełka. A nikt nie będzie wierzył matce, która zapewne nigdy nie będzie obiektywna w stosunku do swojej pociechy.

We wspomniany piątek Domiś stracił całą swoją radość życia. Szedł do domu smutny i w ogóle się nie odzywał, co jest zupełnie do niego niepodobne. W przedszkolu nic nie zjadł i potem w domu już do końca dnia również nic. Na nic nie miał ochoty. W nocy spał niespokojnie i płakał przez sen. 
Mam wrażenie, ze w ostaniach tygodniach mój Synek stał się innym dzieckiem.
Cały czas biję się z myślami, czy nie lepiej zabrać go z przedszkola, czy przeczekać jeszcze trochę.

Przyznaję szczerze, że czasami nie mam sił Go bronic przed osądami innych. I tak wiem, że każdy ma swoją teorię, a mój Synek już chyba do końca przedszkola będzie miał przyszytą łatkę niegrzecznego dziecka. I tylko przez taki pryzmat będzie oceniany. Jestem przerażona tym, że już w przedszkolu dziecko jest ciągle porównywane do innych, że nie ma miejsca na indywidualność, zróżnicowany charakter, temperament.

Po tych kilku tygodniach września jedno wiem na pewno. Że mój Synek jest najbardziej problematycznym dzieckiem w przedszkolu, a ja nie sprawdziłam się w roli mamy.