13 marca 2013

"Po co to wszystko?"


Odsłona 1

Godzina 14. Siedzimy małą gromadą w loży studenckiej kawiarni. Otacza nas przyjemny aromat palonej kawy. Półmrok wnętrza daje wytchnienie zmęczonym od czytania oczom, a leniwa muzyka nastraja jeszcze bardziej pesymistycznie. Jestem zmęczona, moje towarzyszki również. Dlatego w ciszy popijamy stygnącą mocną kawę, dzięki której mamy nadzieję wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę energii i rozjaśnić umysł.
Przerwa dobiega końca, zbieramy się niechętnie i popędzani przez tłum studentów podążamy pod wyznaczoną salę. Przed nami n-ty egzamin. Chyba najtrudniejszy. Kolejność ustalona. Czekając na swoją kolej myślę: "Po co to wszystko? Już jestem tym zmęczona, nie mam sił, mam za to dość". 
Już po. Szczęśliwa, kolejny egzamin zaliczony. Ostatni, przede mną tylko obrona. A to przecież tak naprawdę czysta formalność.

Odsłona 2

Piękny lipcowy dzień. Słońce grzeje i nastraja optymistycznie. Mnie dodaje odwagi. Ubrana elegancko z dyplomem w ręku idę śpiesznie na autobus. W odpowiedzi na wczorajszy telefon jestem gotowa na rozmowę, która być może przyniesie mi wymarzoną pracę.
Wczoraj telefon, dziś już rozmowa. Sympatyczna, rzeczowa. Wydaje się, że wszystko zdąża ku dobremu.
Mija kilka dni. Ponownie dzwoni telefon. Odbierając go nie czuję, że przyniesie mi dobre nowiny. Słyszę pierwsze słowa i już wiem, że przegrałam. Ocierając błąkająca się po policzku łzę, patrzę na dyplom i zadaję sobie to pytanie: "Po co to wszystko było?".

Odsłona 3

Późne lato, ale słońce jeszcze mocno grzeje. Cisza wokół mnie nie daje mi wytchnienia, wręcz męczy. Otulona cieniem starej jabłonki leżę na rozgrzanym kocu i bezmyślnie przewracam kartki jakiejś książki. Nawet nie pamiętam jej tytułu, staram się czytać, ale smutne myśli zagłuszają treść. Jeszce miesiąc temu myślałam, że taka istnieje. Ale to był taki życiowy żart. Teraz wiem, że szczęście dotyka tylko nielicznych, chyba trzeba sobie na nie zasłużyć... albo zapracować?
Zmęczona nudą i złymi myślami idę do domu. Na horyzoncie niebo mieni się lekką czerwienią, a na moim horyzoncie życia ukazały się czarne chmury w postaci nierozwiązanej przeszłości.
Ja nie mogę i nie potrafię jej naprawić. Potrzebny czas i rozwaga pewnych ludzi. A ja znów zadaję sobie to pytanie: "Po co to wszystko mi było?".

Odsłona 4

Gwieździsta noc. Chłód piasku ostudza nasze ciała od upalnego dnia. Przed nami bezkres morza. Szum fal kołysze nas do snu. Mnie się nie chce spać, jeszcze nie teraz. Nie chcę stracić tej chwili.
Dużo musiałam przejść, by dojść do tego miejsca.  Niczego nie żałuję, nawet tych pytań: "Po co to wszystko?".
Siedząc tutaj na cichej plaży i mając o boku kogoś, kogo bardzo się kocha takie pytania są już nie na miejscu. Te wszystkie rozterki i przegrane dni straciły swą ważność.
Zadaje towarzyszowi pytanie: "O czym myślisz?". W odpowiedzi słyszę" "Wiesz o czym". Wiem. I widząc zawadiacki uśmiech uświadamiam sobie, że wszystko od teraz będzie dobrze. A w mojej głowie już nie kołacze się często zadawane pytanie "Po co to wszystko?", tylko odpowiedź: "Właśnie po to...".

Każdy dzień ma przesłanie. Często nie wiemy jakie. Usilnie pytamy: "Po co to wszystko?"
Ja wierzę, że w końcu dostaniemy na nie odpowiedź, a dzięki niej odkryjemy ten ukryty sens każdego dnia. Niekoniecznie dobrego.
I może będziemy musieli poczekać na odpowiedź. Wiem, że warto.

8 marca 2013

Wyjątkowy Kwiat


Dostałam dziś takiego sms-a:
"Ko­bieta ma ty­le siły, że zadzi­wia mężczyzn. Dźwi­ga ciężary lo­su, roz­wiązu­je prob­le­my, jest pełna miłości, ra­dości i mądrości. Uśmie­cha się gdy chce krzyczeć, śpiewa gdy chce się jej płakać, płacze gdy się cie­szy i śmieje gdy się boi. Jej miłość jest niekon­tro­lowa­na. Je­dyna niesłuszna w niej rzecz to to, że często za­pomi­na ile jest war­ta".

Dostałam go nie od mężczyzny, ale właśnie od Kobiety :)
I tak sobie pomyślałam, że tylko tak naprawdę cenić kobietę potrafi tylko druga kobieta. Ok, przesadziłam, są przecie mężczyźni, dla których ta istota z ich ciała (rzekomo) jest dla nich kimś wyjątkowym, pomimo ogromnych różnic pomiędzy nimi.

Mnie Kobieta kojarzy się z kwiatem. Jest obdarzona pięknem, nie tylko zewnętrznym, ale też wewnętrznym. W niej zapisane są takie cechy jak czułość, delikatność, wrażliwość, troska o innych, opiekuńczość...
Delikatna jak płatki róży usycha, gdy się o nią nie troszczy, zamyka się w sobie, kiedy ktoś ja krzywdzi.
Lecz w jej niepozornej kruchości leżą pokłady ogromnej siły. Nikt, tak jak ona nie potrafi walczyć o drugiego człowieka, o dobro dla niego, o sprawiedliwość, nikt też nie potrafi znieść ogromu bólu, niesprawiedliwości, poniżenia...  Cicha kobieta. Wzór prawdziwego człowieczeństwa.

W naszej kulturze Kobieta powoli zaczyna być bardziej doceniana, szkoda, że w innych nie widzą w niej człowieka. Nie wiedzą, ile tracą. Kobieta, to nie ktoś gorszy, słabszy. Jest po prostu inna, tak różna od mężczyzn i w tym właśnie tkwi jej piękno.

Wiele Kobiet mówi, że tak trudno nią być w dzisiejszych czasach. Fakt. Lecz ja nigdy nie żałowałam tego, kim jestem. Cenię swoją kobiecość i wszystkie przymioty ją charakteryzujące. Czuję się dzięki nim bardzo bogatym człowiekiem. Skomplikowanym? Być może. Ale bez tej zawiłości nie byłoby tak ciekawie ;)

Pozdrawiam wszystkie Kobiety. Jesteście wyjątkowe. Pamiętajcie o tym! :)

2 marca 2013

Uciekająca młodość

Marzec. W powietrzu czuć nadchodzącą wiosnę. Przyroda i niejeden z nas budzi się do życia. Ja również ostatnio czuję ogromne pokłady energii i pewnej radości. Codzienność mi ją dostarcza :)

Lecz jest coś, co zakłóca ten stan. Nie dotyczy mnie, ale sytuacji, które spotykają mnie w pracy.  I bynajmniej nie o szefa chodzi ;)

Charakter pracy sprawia, że na co dzień potykam się z osobami starszymi. Często są schorowani. Samotni.
I ta samotność jest właśnie ich największą tragedią. 
Pomimo tego, że mają dzieci, oni samotnie walczą z tym, co im los przyniesie. A nie jest tego mało. Brak pieniędzy, nieraz na chleb, bark sił, by sprostać codziennym obowiązkom, choroba obezwładniająca ciało i umysł, bezwzględna cisza, bo nie ma się do kogo odezwać i z kim porozmawiać. Są skazani na pomoc innych, obcych ludzi bądź instytucji do tego powołanych.
Lecz o pomoc nie jest tak łatwo prosić. Wręcz przeciwnie. Przed szukaniem wsparcia wzbrania lęk, wstyd, świadomość "że sobie nie radzę"...

A ja rozmawiając z tymi osobami, zadaję sobie cicho pytanie. Gdzie są bliscy, dzieci? Może wyjechali gdzieś zagranicę, a może mieszkają tuż obok. Właśnie. Są a jakby ich nie było.
Żyją własnym życiem. Nie pamiętają, a raczej nie chcą pamiętać, że ta schorowana osoba, to ich matka, ojciec...
Widzą tylko pomarszczoną twarz, niedołężne ciało; słyszą irytujący głos, poplątaną przez chorobę mowę...
Z takim kimś nie chcą mieć już nic do czynienia. Nieistotne, że ta staruszka, była kiedyś ich jedyną ostoją w życiu, a ten staruszek jedynym autorytetem. To było dawno. Za niepamiętnych czasów.
Kim jest teraz? Zbędnym przedmiotem. Do odstawki. Brutalne słowa? Nie. Po prostu prawdziwe.  

Nie chcę wnikać i poznawać przyczyn, dla których bliscy tak postępują. Nie chcę, bo to nie moja rola. 
Cieszę się, że mogę opiekować się takimi ludźmi, że mogę ich wysłuchać, pomóc w codziennych sprawach. To już nawet nie moja praca a potrzeba serca.
W zamian dostaję od nich o wiele więcej. Coś, czego nie da się za nic w świecie przecenić...

Szkoda, że to nie ci najbliżsi są świadkami tych cudownych przemian. Szkoda, że zapominają, że młodość nie jest wiecznością. Oby się nią nigdy nie rozczarowali.

22 lutego 2013

Wszystkie kolory tęczy...

Wszystko na opak. Nie tak jak byśmy chcieli.
Nie tak miało być. Jest tak, a my chcemy inaczej.
Wszystko dobrze - ale ja czuję, że coś jest nie tak. Coś umyka. Coś wymyka się spod mojej kontroli. Ale co dokładnie? Nie wiem.

Tajemnicą okryte moje życie. Moje istnienie. Tajemnica do przemilczenia. Na zawsze.

Jestem zdrowa - ale czuję się jak powalona ciężką chorobą osoba. Bez przyczyny żadnej.
Jestem młoda ciałem i duchem - lecz czuję się staro. Moje ciało jak staruszki, powolne, zmęczone. Moja dusza obciążona życiem, zmartwieniami, doświadczeniami starej kobiety.
Szczęście gości w moim życiu - lecz go nie dostrzegam i mam wrażenie, że gości ono w życiu kogoś innego.
Przede mną cel - ale ja nie wiem, dokąd on prowadzi. Do rozczarowania?  
Mam przyjaciół - ale tak, jak by ich nie było. Pustka, cisza. Uwikłani w sieć codziennych spraw.
Każdego ranka dostaję w prezencie nowy dzień - lecz nie potrafię wykorzystać go, tak jak powinnam. Tyle nieokreślonych sensem chwil. Tyle przegranych minut. Nieefektywnych godzin.
Noc przede mną - cicha, ciemna i spokojna. Lecz nie przynosząca mi ukojenia i wytchnienia. Płaszcz nocy otula mnie ciężarem swych trosk. Poddaje się. Zasypiam snem niespokojnym i lekkim.

Co mogę zrobić? Kilka kroków do przodu i jeden do tyłu. Nie więcej. Nie warto.
Siłą swego umysłu mogę sprawić, że moje zmęczone ciało znów odzyska energię, że przestanie być ciałem staruszki. To proste. Muszę tylko chcieć. Chcieć poczuć się zdrową, chcieć dostrzegać szczęście, chcieć dążyć do celu.

Niech każdy nowy dzień jest przeżyty, jakby był moim ostatnim. 
Niech każda noc jest moim osobistym ukojeniem.

Nie mogę się poddać. Nie warto. Chcę żyć coraz lepiej, świadomiej. Po swojemu.
Pozwolę sobie na to. Przecież to moje życie. Ja za nie odpowiadam i z niego się rozliczę.

Co z tego, że wszystko jest nie tak.
Jest ciekawie, kolorowo. 
Życie inspiruje mnie do działania. 
To samo życie, które mieni się wszystkimi kolorami tęczy.

17 lutego 2013

Tulasek i "papa" na pożegnanie

Nie lubię ostatnio komputerów i tym podobnie. A to dlaczego? Prawda wyjdzie zapewne kilkanaście linijek niżej... Tymczasem pisząc, że nie lubię ów w/w, sama przed sobą się tłumaczę, dlaczego tak długo tutaj nie zaglądałam i nie dawałam znaku życia ;)

Jak wcześniej wspominałam czekały mnie zmiany. I to niemałe. Jeszcze wtedy tak do końca nie wiedziałam na 100%, czy one na pewno nadejdą, a tu się okazało, że nadeszły i to zdecydowanie za szybko.
Zaskoczył mnie nagły zwrot zdarzeń.

Ale od początku. Po urodzeniu dziecka postanowiłam, że zostanę przy nim rok. Wiem, że była to słuszna decyzja. Widzieć jak synek z bezradnego noworodka, przemienia się w coraz więcej umiejącego niemowlaczka, a potem dziecka, to doświadczenie bezcenne. Te chwile wspólnie spędzone, kiedy rodziła i umacniała się nasza niezwykła więź, to coś pięknego i nie dającego się z niczym porównać, a świadomość tego, że kiedyś mój mały synek już nie będzie taką kochaną "przylepą", była tylko potwierdzeniem tego, że ten pierwszy rok życia dziecka jest takim niezwykłym momentem mojego życia, że nie chcę go "przeoczyć", a tym samym skazywać się na jego brak...

Rok szybo minął, a ja pełna energii mama zapragnęłam czegoś innego. Pewnej odmiany. W mojej głowie coraz częściej pojawiała się myśl o powrocie do pracy. I mając negatywne doświadczenia w tej dziedzinie zaczęłam walczyć o ten trudny powrót na rynek pracy. Nie było łatwo i wiele rozczarowań było moim udziałem.. ale w końcu się udało. Tak oto pracuję sobie od lutego w pewnej Fundacji, praca bardzo mi się podoba, a jej charakter inspiruje do rozwoju i do pracy nad sobą. Minusem, praca także przy komputerze, także po powrocie do domu, mam go serdecznie dość... ;)

Powrót do pracy nie był trudny (w sensie emocjonalnym), ale zostawienie dziecka w rękach opiekunki to już zupełnie inna historia. Może się wydawać, że dla kobiety, która wraca do pacy po urodzeniu dziecka, której nie wystarcza rola matki, żony, ale też pragnie realizować się w życiu zawodowym, zostawienie dziecka nie jest problemem. Ale to mit. Chyba tylko niewiele mam, nastawionych  bardziej na własną karierę jest łatwo taki krok uczynić.
Mnie było bardzo ciężko. Wystarczyła sama myśl, że na te długie godziny zostawiam swoją kruszynkę pod opieką chcąc nie chcąc obcej osoby, wpadałam w ogromny smutek, a oczy ciągle pełne łez. 
Towarzyszyły mi przeróżne emocje. 
Radość, że czeka mnie nowa praca i tym samym nowe wyzwanie.
Smutek i żal, że już nie będę spędzać tyle czasu z moim synkiem.
Lęk przed tym, jak poradzi sobie moje dziecko, czy się przyzwyczai do nowej osoby, czy nie będzie miało do mnie żalu, że je opuszczam na tak długo, czy ta rozłąka nie odbije się na jego zdrowiu i rozwoju emocjonalnym.. itp, itd.
Do powyższych emocji dochodziło poczucie winy, podsycane przez pewne osoby. To po słowach wypowiadanych przez nie, często zadawałam sobie to pytanie, czy dobrze robię? Czy nie jest tak, że myślę tylko o sobie? Zamiast być dalej przy dziecku, wspierać je w rozwoju, ja idę do pracy. Czy jestem dobrą matką? Taki totalny mętlik. Wydawałoby się nie do ogarnięcia...

Zostać z dzieckiem, czy wrócić do pracy? To ogromny dylemat niejednej matki. Bardzo trudny wybór. Chyba nie ma idealnego rozwiązania i jednej słusznej recepty. Ja wiem, że postąpiłam słusznie. Dobrze dla mnie samej i dla dziecka. Chcę rozwijać się zawodowo i wiem, że gdybym nie miała takiej możliwości, nie czułabym się spełniona i szczęśliwa. A dziecko przecież potrzebuje szczęśliwej matki :)

Teraz po paru tygodniach utwierdzam się w mojej decyzji. Widzę, że synek jest radosny jak dawniej i wiem, że ten mój powrót do życia zawodowego i jemu służy. Cudowna opiekunka poświęca mu każdą chwilę, doświadcza różnorodności innych ludzi, uczy się samodzielności i zaradności. Jest spokojny i ma poczucie bezpieczeństwa, bo wie, że wrócę. A jak wrócę, to będę tylko jego. To, że rodzic pracuje nie znaczy, że zaniedbuje dziecko!

A jak wyglądał pierwszy dzień mojej nieobecności i rozłąka? Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jakim mądrym dzieckiem może być 14-miesięczny człowieczek. Na pożegnanie przytulił się do mnie mocno, pomachał mi raczką i powiedział słodko "papa"... Potem cały dzień brykał, śmiał się, cudnie bawił... i tak jest do dziś :) Na co były te moje obawy i lęki? Nie wiem :) Gdzieś czytałam, że tak naprawdę to mamy gorzej znoszą rozłąkę i bardziej się tym wszystkim przejmują niż ich dzieci. I coś w tym jest.

Czy w całej tej sytuacji coś straciłam? Chyba nie. 
Zyskałam coś jeszcze. Chwila, gdy wracam do domu, a moje dziecko biegnie do mnie z wielką radością, by mnie powitać i rzucić mi się w ramiona... Bezcenne... ;)

"Po co to wszystko?"


Odsłona 1

Godzina 14. Siedzimy małą gromadą w loży studenckiej kawiarni. Otacza nas przyjemny aromat palonej kawy. Półmrok wnętrza daje wytchnienie zmęczonym od czytania oczom, a leniwa muzyka nastraja jeszcze bardziej pesymistycznie. Jestem zmęczona, moje towarzyszki również. Dlatego w ciszy popijamy stygnącą mocną kawę, dzięki której mamy nadzieję wykrzesać z siebie jeszcze odrobinę energii i rozjaśnić umysł.
Przerwa dobiega końca, zbieramy się niechętnie i popędzani przez tłum studentów podążamy pod wyznaczoną salę. Przed nami n-ty egzamin. Chyba najtrudniejszy. Kolejność ustalona. Czekając na swoją kolej myślę: "Po co to wszystko? Już jestem tym zmęczona, nie mam sił, mam za to dość". 
Już po. Szczęśliwa, kolejny egzamin zaliczony. Ostatni, przede mną tylko obrona. A to przecież tak naprawdę czysta formalność.

Odsłona 2

Piękny lipcowy dzień. Słońce grzeje i nastraja optymistycznie. Mnie dodaje odwagi. Ubrana elegancko z dyplomem w ręku idę śpiesznie na autobus. W odpowiedzi na wczorajszy telefon jestem gotowa na rozmowę, która być może przyniesie mi wymarzoną pracę.
Wczoraj telefon, dziś już rozmowa. Sympatyczna, rzeczowa. Wydaje się, że wszystko zdąża ku dobremu.
Mija kilka dni. Ponownie dzwoni telefon. Odbierając go nie czuję, że przyniesie mi dobre nowiny. Słyszę pierwsze słowa i już wiem, że przegrałam. Ocierając błąkająca się po policzku łzę, patrzę na dyplom i zadaję sobie to pytanie: "Po co to wszystko było?".

Odsłona 3

Późne lato, ale słońce jeszcze mocno grzeje. Cisza wokół mnie nie daje mi wytchnienia, wręcz męczy. Otulona cieniem starej jabłonki leżę na rozgrzanym kocu i bezmyślnie przewracam kartki jakiejś książki. Nawet nie pamiętam jej tytułu, staram się czytać, ale smutne myśli zagłuszają treść. Jeszce miesiąc temu myślałam, że taka istnieje. Ale to był taki życiowy żart. Teraz wiem, że szczęście dotyka tylko nielicznych, chyba trzeba sobie na nie zasłużyć... albo zapracować?
Zmęczona nudą i złymi myślami idę do domu. Na horyzoncie niebo mieni się lekką czerwienią, a na moim horyzoncie życia ukazały się czarne chmury w postaci nierozwiązanej przeszłości.
Ja nie mogę i nie potrafię jej naprawić. Potrzebny czas i rozwaga pewnych ludzi. A ja znów zadaję sobie to pytanie: "Po co to wszystko mi było?".

Odsłona 4

Gwieździsta noc. Chłód piasku ostudza nasze ciała od upalnego dnia. Przed nami bezkres morza. Szum fal kołysze nas do snu. Mnie się nie chce spać, jeszcze nie teraz. Nie chcę stracić tej chwili.
Dużo musiałam przejść, by dojść do tego miejsca.  Niczego nie żałuję, nawet tych pytań: "Po co to wszystko?".
Siedząc tutaj na cichej plaży i mając o boku kogoś, kogo bardzo się kocha takie pytania są już nie na miejscu. Te wszystkie rozterki i przegrane dni straciły swą ważność.
Zadaje towarzyszowi pytanie: "O czym myślisz?". W odpowiedzi słyszę" "Wiesz o czym". Wiem. I widząc zawadiacki uśmiech uświadamiam sobie, że wszystko od teraz będzie dobrze. A w mojej głowie już nie kołacze się często zadawane pytanie "Po co to wszystko?", tylko odpowiedź: "Właśnie po to...".

Każdy dzień ma przesłanie. Często nie wiemy jakie. Usilnie pytamy: "Po co to wszystko?"
Ja wierzę, że w końcu dostaniemy na nie odpowiedź, a dzięki niej odkryjemy ten ukryty sens każdego dnia. Niekoniecznie dobrego.
I może będziemy musieli poczekać na odpowiedź. Wiem, że warto.

Wyjątkowy Kwiat


Dostałam dziś takiego sms-a:
"Ko­bieta ma ty­le siły, że zadzi­wia mężczyzn. Dźwi­ga ciężary lo­su, roz­wiązu­je prob­le­my, jest pełna miłości, ra­dości i mądrości. Uśmie­cha się gdy chce krzyczeć, śpiewa gdy chce się jej płakać, płacze gdy się cie­szy i śmieje gdy się boi. Jej miłość jest niekon­tro­lowa­na. Je­dyna niesłuszna w niej rzecz to to, że często za­pomi­na ile jest war­ta".

Dostałam go nie od mężczyzny, ale właśnie od Kobiety :)
I tak sobie pomyślałam, że tylko tak naprawdę cenić kobietę potrafi tylko druga kobieta. Ok, przesadziłam, są przecie mężczyźni, dla których ta istota z ich ciała (rzekomo) jest dla nich kimś wyjątkowym, pomimo ogromnych różnic pomiędzy nimi.

Mnie Kobieta kojarzy się z kwiatem. Jest obdarzona pięknem, nie tylko zewnętrznym, ale też wewnętrznym. W niej zapisane są takie cechy jak czułość, delikatność, wrażliwość, troska o innych, opiekuńczość...
Delikatna jak płatki róży usycha, gdy się o nią nie troszczy, zamyka się w sobie, kiedy ktoś ja krzywdzi.
Lecz w jej niepozornej kruchości leżą pokłady ogromnej siły. Nikt, tak jak ona nie potrafi walczyć o drugiego człowieka, o dobro dla niego, o sprawiedliwość, nikt też nie potrafi znieść ogromu bólu, niesprawiedliwości, poniżenia...  Cicha kobieta. Wzór prawdziwego człowieczeństwa.

W naszej kulturze Kobieta powoli zaczyna być bardziej doceniana, szkoda, że w innych nie widzą w niej człowieka. Nie wiedzą, ile tracą. Kobieta, to nie ktoś gorszy, słabszy. Jest po prostu inna, tak różna od mężczyzn i w tym właśnie tkwi jej piękno.

Wiele Kobiet mówi, że tak trudno nią być w dzisiejszych czasach. Fakt. Lecz ja nigdy nie żałowałam tego, kim jestem. Cenię swoją kobiecość i wszystkie przymioty ją charakteryzujące. Czuję się dzięki nim bardzo bogatym człowiekiem. Skomplikowanym? Być może. Ale bez tej zawiłości nie byłoby tak ciekawie ;)

Pozdrawiam wszystkie Kobiety. Jesteście wyjątkowe. Pamiętajcie o tym! :)

Uciekająca młodość

Marzec. W powietrzu czuć nadchodzącą wiosnę. Przyroda i niejeden z nas budzi się do życia. Ja również ostatnio czuję ogromne pokłady energii i pewnej radości. Codzienność mi ją dostarcza :)

Lecz jest coś, co zakłóca ten stan. Nie dotyczy mnie, ale sytuacji, które spotykają mnie w pracy.  I bynajmniej nie o szefa chodzi ;)

Charakter pracy sprawia, że na co dzień potykam się z osobami starszymi. Często są schorowani. Samotni.
I ta samotność jest właśnie ich największą tragedią. 
Pomimo tego, że mają dzieci, oni samotnie walczą z tym, co im los przyniesie. A nie jest tego mało. Brak pieniędzy, nieraz na chleb, bark sił, by sprostać codziennym obowiązkom, choroba obezwładniająca ciało i umysł, bezwzględna cisza, bo nie ma się do kogo odezwać i z kim porozmawiać. Są skazani na pomoc innych, obcych ludzi bądź instytucji do tego powołanych.
Lecz o pomoc nie jest tak łatwo prosić. Wręcz przeciwnie. Przed szukaniem wsparcia wzbrania lęk, wstyd, świadomość "że sobie nie radzę"...

A ja rozmawiając z tymi osobami, zadaję sobie cicho pytanie. Gdzie są bliscy, dzieci? Może wyjechali gdzieś zagranicę, a może mieszkają tuż obok. Właśnie. Są a jakby ich nie było.
Żyją własnym życiem. Nie pamiętają, a raczej nie chcą pamiętać, że ta schorowana osoba, to ich matka, ojciec...
Widzą tylko pomarszczoną twarz, niedołężne ciało; słyszą irytujący głos, poplątaną przez chorobę mowę...
Z takim kimś nie chcą mieć już nic do czynienia. Nieistotne, że ta staruszka, była kiedyś ich jedyną ostoją w życiu, a ten staruszek jedynym autorytetem. To było dawno. Za niepamiętnych czasów.
Kim jest teraz? Zbędnym przedmiotem. Do odstawki. Brutalne słowa? Nie. Po prostu prawdziwe.  

Nie chcę wnikać i poznawać przyczyn, dla których bliscy tak postępują. Nie chcę, bo to nie moja rola. 
Cieszę się, że mogę opiekować się takimi ludźmi, że mogę ich wysłuchać, pomóc w codziennych sprawach. To już nawet nie moja praca a potrzeba serca.
W zamian dostaję od nich o wiele więcej. Coś, czego nie da się za nic w świecie przecenić...

Szkoda, że to nie ci najbliżsi są świadkami tych cudownych przemian. Szkoda, że zapominają, że młodość nie jest wiecznością. Oby się nią nigdy nie rozczarowali.

Wszystkie kolory tęczy...

Wszystko na opak. Nie tak jak byśmy chcieli.
Nie tak miało być. Jest tak, a my chcemy inaczej.
Wszystko dobrze - ale ja czuję, że coś jest nie tak. Coś umyka. Coś wymyka się spod mojej kontroli. Ale co dokładnie? Nie wiem.

Tajemnicą okryte moje życie. Moje istnienie. Tajemnica do przemilczenia. Na zawsze.

Jestem zdrowa - ale czuję się jak powalona ciężką chorobą osoba. Bez przyczyny żadnej.
Jestem młoda ciałem i duchem - lecz czuję się staro. Moje ciało jak staruszki, powolne, zmęczone. Moja dusza obciążona życiem, zmartwieniami, doświadczeniami starej kobiety.
Szczęście gości w moim życiu - lecz go nie dostrzegam i mam wrażenie, że gości ono w życiu kogoś innego.
Przede mną cel - ale ja nie wiem, dokąd on prowadzi. Do rozczarowania?  
Mam przyjaciół - ale tak, jak by ich nie było. Pustka, cisza. Uwikłani w sieć codziennych spraw.
Każdego ranka dostaję w prezencie nowy dzień - lecz nie potrafię wykorzystać go, tak jak powinnam. Tyle nieokreślonych sensem chwil. Tyle przegranych minut. Nieefektywnych godzin.
Noc przede mną - cicha, ciemna i spokojna. Lecz nie przynosząca mi ukojenia i wytchnienia. Płaszcz nocy otula mnie ciężarem swych trosk. Poddaje się. Zasypiam snem niespokojnym i lekkim.

Co mogę zrobić? Kilka kroków do przodu i jeden do tyłu. Nie więcej. Nie warto.
Siłą swego umysłu mogę sprawić, że moje zmęczone ciało znów odzyska energię, że przestanie być ciałem staruszki. To proste. Muszę tylko chcieć. Chcieć poczuć się zdrową, chcieć dostrzegać szczęście, chcieć dążyć do celu.

Niech każdy nowy dzień jest przeżyty, jakby był moim ostatnim. 
Niech każda noc jest moim osobistym ukojeniem.

Nie mogę się poddać. Nie warto. Chcę żyć coraz lepiej, świadomiej. Po swojemu.
Pozwolę sobie na to. Przecież to moje życie. Ja za nie odpowiadam i z niego się rozliczę.

Co z tego, że wszystko jest nie tak.
Jest ciekawie, kolorowo. 
Życie inspiruje mnie do działania. 
To samo życie, które mieni się wszystkimi kolorami tęczy.

Tulasek i "papa" na pożegnanie

Nie lubię ostatnio komputerów i tym podobnie. A to dlaczego? Prawda wyjdzie zapewne kilkanaście linijek niżej... Tymczasem pisząc, że nie lubię ów w/w, sama przed sobą się tłumaczę, dlaczego tak długo tutaj nie zaglądałam i nie dawałam znaku życia ;)

Jak wcześniej wspominałam czekały mnie zmiany. I to niemałe. Jeszcze wtedy tak do końca nie wiedziałam na 100%, czy one na pewno nadejdą, a tu się okazało, że nadeszły i to zdecydowanie za szybko.
Zaskoczył mnie nagły zwrot zdarzeń.

Ale od początku. Po urodzeniu dziecka postanowiłam, że zostanę przy nim rok. Wiem, że była to słuszna decyzja. Widzieć jak synek z bezradnego noworodka, przemienia się w coraz więcej umiejącego niemowlaczka, a potem dziecka, to doświadczenie bezcenne. Te chwile wspólnie spędzone, kiedy rodziła i umacniała się nasza niezwykła więź, to coś pięknego i nie dającego się z niczym porównać, a świadomość tego, że kiedyś mój mały synek już nie będzie taką kochaną "przylepą", była tylko potwierdzeniem tego, że ten pierwszy rok życia dziecka jest takim niezwykłym momentem mojego życia, że nie chcę go "przeoczyć", a tym samym skazywać się na jego brak...

Rok szybo minął, a ja pełna energii mama zapragnęłam czegoś innego. Pewnej odmiany. W mojej głowie coraz częściej pojawiała się myśl o powrocie do pracy. I mając negatywne doświadczenia w tej dziedzinie zaczęłam walczyć o ten trudny powrót na rynek pracy. Nie było łatwo i wiele rozczarowań było moim udziałem.. ale w końcu się udało. Tak oto pracuję sobie od lutego w pewnej Fundacji, praca bardzo mi się podoba, a jej charakter inspiruje do rozwoju i do pracy nad sobą. Minusem, praca także przy komputerze, także po powrocie do domu, mam go serdecznie dość... ;)

Powrót do pracy nie był trudny (w sensie emocjonalnym), ale zostawienie dziecka w rękach opiekunki to już zupełnie inna historia. Może się wydawać, że dla kobiety, która wraca do pacy po urodzeniu dziecka, której nie wystarcza rola matki, żony, ale też pragnie realizować się w życiu zawodowym, zostawienie dziecka nie jest problemem. Ale to mit. Chyba tylko niewiele mam, nastawionych  bardziej na własną karierę jest łatwo taki krok uczynić.
Mnie było bardzo ciężko. Wystarczyła sama myśl, że na te długie godziny zostawiam swoją kruszynkę pod opieką chcąc nie chcąc obcej osoby, wpadałam w ogromny smutek, a oczy ciągle pełne łez. 
Towarzyszyły mi przeróżne emocje. 
Radość, że czeka mnie nowa praca i tym samym nowe wyzwanie.
Smutek i żal, że już nie będę spędzać tyle czasu z moim synkiem.
Lęk przed tym, jak poradzi sobie moje dziecko, czy się przyzwyczai do nowej osoby, czy nie będzie miało do mnie żalu, że je opuszczam na tak długo, czy ta rozłąka nie odbije się na jego zdrowiu i rozwoju emocjonalnym.. itp, itd.
Do powyższych emocji dochodziło poczucie winy, podsycane przez pewne osoby. To po słowach wypowiadanych przez nie, często zadawałam sobie to pytanie, czy dobrze robię? Czy nie jest tak, że myślę tylko o sobie? Zamiast być dalej przy dziecku, wspierać je w rozwoju, ja idę do pracy. Czy jestem dobrą matką? Taki totalny mętlik. Wydawałoby się nie do ogarnięcia...

Zostać z dzieckiem, czy wrócić do pracy? To ogromny dylemat niejednej matki. Bardzo trudny wybór. Chyba nie ma idealnego rozwiązania i jednej słusznej recepty. Ja wiem, że postąpiłam słusznie. Dobrze dla mnie samej i dla dziecka. Chcę rozwijać się zawodowo i wiem, że gdybym nie miała takiej możliwości, nie czułabym się spełniona i szczęśliwa. A dziecko przecież potrzebuje szczęśliwej matki :)

Teraz po paru tygodniach utwierdzam się w mojej decyzji. Widzę, że synek jest radosny jak dawniej i wiem, że ten mój powrót do życia zawodowego i jemu służy. Cudowna opiekunka poświęca mu każdą chwilę, doświadcza różnorodności innych ludzi, uczy się samodzielności i zaradności. Jest spokojny i ma poczucie bezpieczeństwa, bo wie, że wrócę. A jak wrócę, to będę tylko jego. To, że rodzic pracuje nie znaczy, że zaniedbuje dziecko!

A jak wyglądał pierwszy dzień mojej nieobecności i rozłąka? Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jakim mądrym dzieckiem może być 14-miesięczny człowieczek. Na pożegnanie przytulił się do mnie mocno, pomachał mi raczką i powiedział słodko "papa"... Potem cały dzień brykał, śmiał się, cudnie bawił... i tak jest do dziś :) Na co były te moje obawy i lęki? Nie wiem :) Gdzieś czytałam, że tak naprawdę to mamy gorzej znoszą rozłąkę i bardziej się tym wszystkim przejmują niż ich dzieci. I coś w tym jest.

Czy w całej tej sytuacji coś straciłam? Chyba nie. 
Zyskałam coś jeszcze. Chwila, gdy wracam do domu, a moje dziecko biegnie do mnie z wielką radością, by mnie powitać i rzucić mi się w ramiona... Bezcenne... ;)