20 września 2014

Przedszkolne dylematy

Wrzesień. Zaczął się totalny koszmar.
Dla mnie i dla mojego synka.

Przedszkole. Wydawało mi się (chyba błędne twierdzenie), że Synek bardzo dobrze odnajdzie się w nowej rzeczywistości, że sobie poradzi, a przede wszystkim miałam pewność, że tam znajdzie zrozumienie, jakąś tam pomoc w adaptacji i nie będzie porównywane do innych dzieci.

Pierwszy tydzień był niesamowicie ciężki. Ciągły płacz, wręcz (tak to nazwano) histeria. Nigdy nie zapomnę pewnego dnia, jak przyszłam Go odebrać. Wchodzę do jadalni, prawie dzieci jadły podwieczorek. Zobaczyłam mojego Synka jak siedzi cały otępiały, patrzy w jeden punkt, a jego smutne oczy i buźka pozostaną w mojej pamięci do końca życia. Gdy go delikatnie dotknęłam i zagadałam po imieniu - rzucił mi się na szyję i zaczął płakać. A ja razem z nim. Nie spałam kilka nocy, a przed oczami ciągle przewijał mi się ten obraz. 

Minął tydzień, sytuacja zmieniła się na diametralnie inną. Teraz przy odbiorze słyszę same negatywne rzeczy. Żadnych plusów. Mam wrażenie, że moje dziecko jako jedyne w przedszkolu sprawia problemy, a ja jako matka jestem najbardziej nieudolną wychowawczo matką.
Mój Synek między innymi zaczepia inne dzieci, rozsypuje zabawki, nie chce jeść samodzielnie, nie chce się samo rozebrać i ubrać, nie usiedzi w miejscu przez 2 godziny, bez powodu zaczyna krzyczeć, płakać i wpada w taką histerię, że podobno nie da się Go uspokoić. Generalnie nastawione jest na ciągłe NIE.
Oczywiście tylko moje dziecko się tak zachowuje. Inne są grzeczne, siedzą cicho, pięknie się bawią, pięknie (samodzielne) jedzą itp. 

W czym problem?
Nie wiem. Mam wrażenie, że niespełna 3-latek musi perfekcyjnie wszystko umieć zrobić, co tylko zażąda nauczycielka. Niedopuszczalny jest sprzeciw. W sumie to chyba nikt nie bierze pod uwagę tego, że wszystko na nie, to taka typowa postawa zbuntowanego 3-latka. A może się mylę?

Po ostatnim monologu wychowawczyni grupy mam mieszane uczucia. 
Zastanawiam się, czy takie krnąbrne zachowanie Synka nie wynika czasami z tego, że przeżywa trudne chwile związane z adaptacją w nowym środowisku (uważam, że ma do tego prawo), a może po prostu jest mówiąc prosto z mostu źle wychowane, nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Tym bardziej do przebywania w grupie rówieśniczej? Odnoszę wrażenie, że to ja ponoszę za wszystko winę. 

Moje dziecko ciągle słyszy (nie ode mnie), że jest takie i owakie, że to robi źle, tamto źle, że tego jeszcze nie potrafi. Ciągle jest porównywane do innych dzieci. I nieistotne, że są one czasem niemal 8-10 miesięcy starsze od niego. A ja się zastanawiam, jak ma by grzeczne, skoro otrzymuje w stosunku do swojej osoby same negatywne przekazy?

Po ostatnim piątku mam ogromne wyrzuty sumienia, bo nie potrafiłam stanąć w obronie swojego dziecka. To nie nieprawda, że On taki po prostu jest, On taki bywa, ale chyba jak każdy trzylatek. W domu sam ładnie je, albo stara się to robić, jest pomocny, radosny, umie się sam ładnie i z innymi bawić, sam od siebie sprząta po sobie zabawki i ze stołu. Ale przecież to nieistotne, bo przecież w przedszkolu i tam gdzie nie czuje się najlepiej taki nie jest i zamienia się w diabełka. A nikt nie będzie wierzył matce, która zapewne nigdy nie będzie obiektywna w stosunku do swojej pociechy.

We wspomniany piątek Domiś stracił całą swoją radość życia. Szedł do domu smutny i w ogóle się nie odzywał, co jest zupełnie do niego niepodobne. W przedszkolu nic nie zjadł i potem w domu już do końca dnia również nic. Na nic nie miał ochoty. W nocy spał niespokojnie i płakał przez sen. 
Mam wrażenie, ze w ostaniach tygodniach mój Synek stał się innym dzieckiem.
Cały czas biję się z myślami, czy nie lepiej zabrać go z przedszkola, czy przeczekać jeszcze trochę.

Przyznaję szczerze, że czasami nie mam sił Go bronic przed osądami innych. I tak wiem, że każdy ma swoją teorię, a mój Synek już chyba do końca przedszkola będzie miał przyszytą łatkę niegrzecznego dziecka. I tylko przez taki pryzmat będzie oceniany. Jestem przerażona tym, że już w przedszkolu dziecko jest ciągle porównywane do innych, że nie ma miejsca na indywidualność, zróżnicowany charakter, temperament.

Po tych kilku tygodniach września jedno wiem na pewno. Że mój Synek jest najbardziej problematycznym dzieckiem w przedszkolu, a ja nie sprawdziłam się w roli mamy.

19 lipca 2014

W oczekiwaniu...

Słońce na niebie i w mojej głowie. Czas biegnie nieubłaganie, nie potrafię go zatrzymać, a tak bardzo chciałabym... Schowana za okładką interesującej książki, nie ogarniam rzeczywistości.
A ta już nie taka sama jak przed kilkoma miesiącami.

Zmieniłam się ja, zmieniło się moje postrzeganie wielu spraw.
Jeszcze wtedy łamałam sobie głowę, jak to będzie. 
Dziś już się nie boję o jutro.
Pogodziłam się z darem, które Bóg mi ofiarował.
To, że inne plany być może później runą nie jest istotne. 
Już nie.
Jest mi lekko i czuję, że tak ma właśnie być.
To oczekiwanie na kolejny cud narodzin. Najpiękniejsza rzecz na świecie.
Utrata czegoś. Będzie trudna, ale chyba nieistotna.
Mam nadzieję, że tak będzie.
Teraz czekając, cieszę się każdym dniem.

16 listopada 2013

Niedocenione życie

Ostatnie miesiące obfitowały w różne zawirowania i nieoczekiwane zmiany. Zmiany pozytywne i tak długo wyczekiwane. Gdy patrzę wstecz na wydarzenia, które miały miejsce, do dziś nie mogę uwierzyć, że to wszytko tak się poukładało. Bo przecież ja już nie wierzyłam,że gdzieś tam jest dla mnie miejsce, że to moje życie czymś mnie jeszcze zaskoczy.

Zaczęło się od telefonu. Jest szansa na fajna pracę, w moim zawodzie. Totalne zaskoczenie. Ktoś zauważy moje CV? Niemożliwe. I choć pracę miałam w Fundacji, to wiedząc tylko, że bez przyszłości i do pewnego momentu, odważyłam się zaryzykować, złożyć wypowiedzenie... ,wskoczyć w nieznane i znów zacząć od początku.
Dziś wiem, że było warto. Dobrze mi tam, gdzie Bóg mnie posłał. Wstając rano, pomimo zmęczenia nie mogę się nacieszyć, że każde wstawanie ma sens i prowadzi do celu. Doceniam to, co mam.

A zewsząd słyszę ciągłe narzekania. 
Nudzi mnie ta praca, nie mam perspektyw na rozwój, za mało zarabiam, nie ma podwyżki, nie dostanę "trzynastki"... 
Uszy mnie bolą od takich słów. Bo jak ktoś zaraz po szkole lub studiach dostał pracę "od tak po prostu" lub po znajomości i ma ją przez 10, 20 lat.. to nie wie i nie doświadczył, co to znaczy jej nie mieć, co to znaczy ją nagle stracić i być kilka lat na bezrobociu, co to znaczy chodzić z rozmowy na rozmowę kwalifikacją i z każdą odmową czuć się coraz podlej i podlej, a z każdym kolejnym miesiącem bezowocnych poszukiwań nie mieć sił wstawać rano z łóżka i nie móc znieść spotkań z ludźmi, którzy pracują i na co dzień o tej pracy rozmawiają...

Dlaczego tak mało z nas cieszy się, z tego co ma? 
Tak mało zarabiam... Ok, tylko pomyśl, że inni nawet tych 1000 zł nie dostają. Nie mają za co zapłacić mieszkania, uregulować podstawowych opłat, kupić leków, dzieciom butów na zimę...
Nudzi mnie ta praca... To ją zmień, jeśli masz taką szansę, albo pomyśl, jak byś się czuł, tej pracy nie mając...

Narzekamy na pracę, narzekamy na męża, dzieci...
Bo praca nie taka, jak byśmy chcieli, bo mąż nie taki, jak myślałyśmy, bo dzieci takie a takie...
Lubimy narzekać, bo chyba nam wtedy lepiej. Albo robimy wyścigi - kto ma gorzej.

A może powinniśmy zmienić zasady gry?
Doceniać, czym nas obdarowano.
Pomyśl. 
Jesteś zdrowy. Masz zdrowe widzące oczy - otwórz naprawdę oczy i zachwyć się otaczającym Cię światem. Masz zdrowe uszy, słyszysz - wsłuchaj się w dźwięki natury, głosy ludzi... Masz sprawne ręce - zrób z nich pożytek,przytul kogoś lub naprawdę zakosztuj czym jest zmysł dotyku. Masz sprawne nogi - wykorzystaj to. Odwiedź samotnego człowieka, który nie może chodzić lub poprzez taniec doceń to, że możesz się tak sprawnie poruszać...
Masz pracę. Jakąkolwiek. Nieważne jaką. Ważne, że rano masz po co wstać i masz gdzie iść. Jesteś potrzebny, doceniony. Spotykasz się z ludźmi. To nie takie oczywiste, jak by się mogło wydawać.
Masz rodzinę. Dzięki niej czujesz się spełniony, kochany. Masz oparcie, nawet wtedy, gdy przez Twoje życie przechodzi gwałtowna burza.

Czy to tak mało? Chyba nie. To proszę nie narzekaj.
Tak mało w nas pokory! I wdzięczności.
Bo to, co wydaje Ci się takie oczywiste, wcale takie nie jest...
A to życie, którego tak nie doceniasz w każdym momencie, może pęknąć jak bańka mydlana...

28 lipca 2013

Utracona beztroska

Patrzę na zdjęcie obok... i marzę o tym, by moje oczy mogły cieszyć się takim pięknym widokiem, moje zmęczone ciało, by mogło zakosztować wypoczynku, a wyczerpany umysł mógł powrócić do równowagi...

Niestety taki PRAWDZIWY wypoczynek od kilku lat nie jest mi dany. Zawsze jest COŚ, co nie pozwala gdzieś wyjechać, zostawić za sobą pracę, dom, problemy, troski... Nie jest mi dany taki wyjazd, który byłby swoistym RESETEM.

Tak sobie myślę, że wżyciu niejednego człowieka pojawia się właśnie taki moment, kiedy o wypoczynku może tylko pomarzyć.  Cóż, takie uroki życia. Chyba tego prawdziwego dorosłego, które nacechowane jest niejednym obowiązkiem i odpowiedzialnością nie tylko za siebie.

Beztroskie lata odbijają się echem w mojej głowie. Wystarczyła spontaniczna decyzja i już za chwilę spakowana biegłam przed siebie, czy to w pobliskie góry czy w daleką podróż. Wystarczył weekend na beztroskim szaleństwie, a człowiek nabierał sił, dystansował się do wszystkiego, radość i spokój na nowo gościła w sercu.

Teraz to już nie takie proste. By gdzieś "wypaść" trzeba sporo wcześniejszego planowania, organizacji, nie ma miejsca na spontaniczność i stwierdzenie "jakoś to będzie". Wybór wyprawy czy to miejsca tez nie może być przypadkowy.
Z resztą jest nawet taki czas, że człowiek nie ma ani sił, ani możliwości, by cokolwiek zapalność, a co dopiero zrealizować.
A utęsknione weekendy też nie przynoszą odpoczynku i relaksu dla skołatanych nerwów.

Nie narzekam :) Tylko czasami tęsknię za beztroskim odpoczynkiem i swoistym poczuciem wolności :)
Mija urlop, który nacechowany był solidnym budowaniem nowej rzeczywistości.
Ta nowa rzeczywistość powolutku się normalizuje, a ja ją powolutku ogarniam.

Wypoczynek czy praca? Coś za coś. By móc cieszyć się teraźniejszością trzeba było kilka lat nieprzerwanej pracy, zmęczenia. A by móc ogarnąć tą rzeczywistość potrzeba dalszej pracy bez solidnego odpoczynku.
Czy warto? Myślę, ze tak.

Bo najważniejsze to po kilku latach znaleźć swoje miejsce na ziemi i tam budować swoje życie.
A na wypoczynek przyjdzie kiedyś czas :)

2 czerwca 2013

Dziecko nauczycielem życia

Bardzo lubię czerwiec. Między innymi za szczególne dni, jakie nam przynosi. 1 czerwiec -  duże święto małych istot. Dzień Dziecka.

Jeszcze całkiem niedawno (!) sama z niecierpliwością oczekiwałam, kiedy on nadejdzie. Nie liczyłam na prezenty, bardziej na sam fakt istnienia tego dnia... W tym dniu czułam się kimś ważnym, ważnym, bo mówiono o nas, zwracano na nas uwagę. Była w tym jakaś magia... Sama nie mogę wyrazić jaka...

Dziś ten dzień ma dla mnie zupełnie inne znaczenie. Nie jest być może jakimś "wyjątkowym dniem", bo uważam, że dzień dziecka jest i powinien być codziennie, ale gdy zewsząd mówi się o dzieciach, ja zmęczona tulę w ramionach mojego synka, patrzę na jego pogrążoną w spokojnym śnie twarzyczkę i popadam w zamyślenie...

Widzę doskonałą istotę. Piękne oczka, mały zadarty nosek, piękne skrojone delikatne usta, pulchne rączki, drobne stópki... Wszystko w idealnych proporcjach, nie naznaczone upływającym czasem. Samo patrzenie na śpiące dziecko napawna ogromnym spokojem i radością. Radością z jego istnienia. Taki mały cud!

Codzienność choć trudna i wymagająca przynosi wiele ukojenia dla skołatanych nerwów i dodaje nowych sił do dalszej wytężonej pracy. Wystarczy chwila spędzona z dzieckiem. Wystarczy popatrzeć na jego zabawę, fascynację wszystkim, co je otacza.
Ja tak patrzę i podziwiam. Podziwiam i uczę się wielu rzeczy na nowo.

Wczesny ranek. Ja zmęczona snem, obok spokojnie leżący mały brzdąc, roześmiany, małymi rączkami badający moją twarz. I ten słodki dziecięcy uśmiech. O źle przespanej nocy już nie pamiętam. Senność mija jak ręką odjął, zarażam się uśmiechem i z nim rozpoczynam nowy dzień.

Tulasek i buziak na pożegnanie. Balsam dla mojej duszy. I wiem, że pokonam wszelkie trudności w pracy, godziny tam spędzone przeminą błyskawicznie. Zmęczona wracam do domu, troski tłuczą się po głowie... To wszytko mija, jak przekraczam próg domu. W moja stronę biegnie roześmiany synek i wola "mama". Wszystko co było w pracy odchodzi w zapomnienie, teraz jest tylko tu i teraz. Nauczyłam się, by nie przejmować się drobnymi problemami, porażkami, nieudanymi poczynaniami. To i tak nieistotne. Praca? Sukces? Owszem ważne, ale mało. Najważniejsza jest rodzina. To tutaj w domu, przy dziecku wiem kim jestem, jaką wartość posiadam, nikt nie ocenia mnie w perspektywie tego, co zrobiłam, co osiągnęłam, a czego nie...

Późny wieczór. Ja padnięta marzę o ciszy i chwili dla siebie. W ręce trzymam książkę, a na kolana wdrapuje się synek. Wtula się w moją pierś, uspokaja i po pewnym czasie zasypia. Uwielbiam ten słodki ciężar i ten wieczorny rytuał. 
Przyznam szczerze, że chciałabym zatrzymać ten biegnący czas. By te chwile nigdy się nie skończyły a synek nigdy nie dorósł... ;)

Mój synek uczy mnie codziennie tego, że warto walczyć o swoje marzenia i że nie wolno się nigdy poddawać. Zupełnie tak jak on, kiedy próbuje zbudować wysoką wieżę czy też wdrapać się na krzesło...
Uczy mnie zachwytu nad zwykłymi sprawami, jak klaskanie w dłonie, podskakiwanie do wesołej muzyki, czy zrywanie kwiatów. 

Przede wszystkim uczy cierpliwości i pokory.
A to tylko nieliczny repertuar umiejętności, które nabyłam lub w sobie pogłębiłam :)

Jestem przekonana, że każdy następny dzień z jego śmiechem i płaczem w tle nauczy mnie o wiele więcej niż zdołam ogarnąć... 
Wiem też, że przede mną wiele wytężonej pracy i wysiłu w wychowanie dobrego i szczęśliwego człowieka.
I wiem, że żadne podręczniki i warsztaty typu "Jak wychować szczęśliwe dziecko" itp., nie nauczą mnie tego, jak ukształtować człowieka, który z ufnością i miłością do ludzi pójdzie w świat, bo są tylko suchą teorią, która w zderzeniu z rzeczywistością okazuje się totalnym fiaskiem...

Wychowanie to tajemniczy i żmudny proces. Nie da się go opisać i zamknąć w 200 stronicowej książce bądź też w kulku godzinnych warsztatach...

Czy  to wszytko ogarnę? Dam radę? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak :) Jednego jestem pewna, że odkąd jestem mamą to stać mnie na rzeczy niemożliwe :) 

Dziecko to wielki dar. Jego śmiech jest ukojeniem dla uszu i radością dla serca.
Oby każdy dzień, nie tylko ten czerwcowy Dzień Dziecka był wyjątkowym dniem dla wszystkich dzieci. I dla nas dorosłych też :)

Przedszkolne dylematy

Wrzesień. Zaczął się totalny koszmar.
Dla mnie i dla mojego synka.

Przedszkole. Wydawało mi się (chyba błędne twierdzenie), że Synek bardzo dobrze odnajdzie się w nowej rzeczywistości, że sobie poradzi, a przede wszystkim miałam pewność, że tam znajdzie zrozumienie, jakąś tam pomoc w adaptacji i nie będzie porównywane do innych dzieci.

Pierwszy tydzień był niesamowicie ciężki. Ciągły płacz, wręcz (tak to nazwano) histeria. Nigdy nie zapomnę pewnego dnia, jak przyszłam Go odebrać. Wchodzę do jadalni, prawie dzieci jadły podwieczorek. Zobaczyłam mojego Synka jak siedzi cały otępiały, patrzy w jeden punkt, a jego smutne oczy i buźka pozostaną w mojej pamięci do końca życia. Gdy go delikatnie dotknęłam i zagadałam po imieniu - rzucił mi się na szyję i zaczął płakać. A ja razem z nim. Nie spałam kilka nocy, a przed oczami ciągle przewijał mi się ten obraz. 

Minął tydzień, sytuacja zmieniła się na diametralnie inną. Teraz przy odbiorze słyszę same negatywne rzeczy. Żadnych plusów. Mam wrażenie, że moje dziecko jako jedyne w przedszkolu sprawia problemy, a ja jako matka jestem najbardziej nieudolną wychowawczo matką.
Mój Synek między innymi zaczepia inne dzieci, rozsypuje zabawki, nie chce jeść samodzielnie, nie chce się samo rozebrać i ubrać, nie usiedzi w miejscu przez 2 godziny, bez powodu zaczyna krzyczeć, płakać i wpada w taką histerię, że podobno nie da się Go uspokoić. Generalnie nastawione jest na ciągłe NIE.
Oczywiście tylko moje dziecko się tak zachowuje. Inne są grzeczne, siedzą cicho, pięknie się bawią, pięknie (samodzielne) jedzą itp. 

W czym problem?
Nie wiem. Mam wrażenie, że niespełna 3-latek musi perfekcyjnie wszystko umieć zrobić, co tylko zażąda nauczycielka. Niedopuszczalny jest sprzeciw. W sumie to chyba nikt nie bierze pod uwagę tego, że wszystko na nie, to taka typowa postawa zbuntowanego 3-latka. A może się mylę?

Po ostatnim monologu wychowawczyni grupy mam mieszane uczucia. 
Zastanawiam się, czy takie krnąbrne zachowanie Synka nie wynika czasami z tego, że przeżywa trudne chwile związane z adaptacją w nowym środowisku (uważam, że ma do tego prawo), a może po prostu jest mówiąc prosto z mostu źle wychowane, nic nie potrafi i do niczego się nie nadaje. Tym bardziej do przebywania w grupie rówieśniczej? Odnoszę wrażenie, że to ja ponoszę za wszystko winę. 

Moje dziecko ciągle słyszy (nie ode mnie), że jest takie i owakie, że to robi źle, tamto źle, że tego jeszcze nie potrafi. Ciągle jest porównywane do innych dzieci. I nieistotne, że są one czasem niemal 8-10 miesięcy starsze od niego. A ja się zastanawiam, jak ma by grzeczne, skoro otrzymuje w stosunku do swojej osoby same negatywne przekazy?

Po ostatnim piątku mam ogromne wyrzuty sumienia, bo nie potrafiłam stanąć w obronie swojego dziecka. To nie nieprawda, że On taki po prostu jest, On taki bywa, ale chyba jak każdy trzylatek. W domu sam ładnie je, albo stara się to robić, jest pomocny, radosny, umie się sam ładnie i z innymi bawić, sam od siebie sprząta po sobie zabawki i ze stołu. Ale przecież to nieistotne, bo przecież w przedszkolu i tam gdzie nie czuje się najlepiej taki nie jest i zamienia się w diabełka. A nikt nie będzie wierzył matce, która zapewne nigdy nie będzie obiektywna w stosunku do swojej pociechy.

We wspomniany piątek Domiś stracił całą swoją radość życia. Szedł do domu smutny i w ogóle się nie odzywał, co jest zupełnie do niego niepodobne. W przedszkolu nic nie zjadł i potem w domu już do końca dnia również nic. Na nic nie miał ochoty. W nocy spał niespokojnie i płakał przez sen. 
Mam wrażenie, ze w ostaniach tygodniach mój Synek stał się innym dzieckiem.
Cały czas biję się z myślami, czy nie lepiej zabrać go z przedszkola, czy przeczekać jeszcze trochę.

Przyznaję szczerze, że czasami nie mam sił Go bronic przed osądami innych. I tak wiem, że każdy ma swoją teorię, a mój Synek już chyba do końca przedszkola będzie miał przyszytą łatkę niegrzecznego dziecka. I tylko przez taki pryzmat będzie oceniany. Jestem przerażona tym, że już w przedszkolu dziecko jest ciągle porównywane do innych, że nie ma miejsca na indywidualność, zróżnicowany charakter, temperament.

Po tych kilku tygodniach września jedno wiem na pewno. Że mój Synek jest najbardziej problematycznym dzieckiem w przedszkolu, a ja nie sprawdziłam się w roli mamy.

W oczekiwaniu...

Słońce na niebie i w mojej głowie. Czas biegnie nieubłaganie, nie potrafię go zatrzymać, a tak bardzo chciałabym... Schowana za okładką interesującej książki, nie ogarniam rzeczywistości.
A ta już nie taka sama jak przed kilkoma miesiącami.

Zmieniłam się ja, zmieniło się moje postrzeganie wielu spraw.
Jeszcze wtedy łamałam sobie głowę, jak to będzie. 
Dziś już się nie boję o jutro.
Pogodziłam się z darem, które Bóg mi ofiarował.
To, że inne plany być może później runą nie jest istotne. 
Już nie.
Jest mi lekko i czuję, że tak ma właśnie być.
To oczekiwanie na kolejny cud narodzin. Najpiękniejsza rzecz na świecie.
Utrata czegoś. Będzie trudna, ale chyba nieistotna.
Mam nadzieję, że tak będzie.
Teraz czekając, cieszę się każdym dniem.

Niedocenione życie

Ostatnie miesiące obfitowały w różne zawirowania i nieoczekiwane zmiany. Zmiany pozytywne i tak długo wyczekiwane. Gdy patrzę wstecz na wydarzenia, które miały miejsce, do dziś nie mogę uwierzyć, że to wszytko tak się poukładało. Bo przecież ja już nie wierzyłam,że gdzieś tam jest dla mnie miejsce, że to moje życie czymś mnie jeszcze zaskoczy.

Zaczęło się od telefonu. Jest szansa na fajna pracę, w moim zawodzie. Totalne zaskoczenie. Ktoś zauważy moje CV? Niemożliwe. I choć pracę miałam w Fundacji, to wiedząc tylko, że bez przyszłości i do pewnego momentu, odważyłam się zaryzykować, złożyć wypowiedzenie... ,wskoczyć w nieznane i znów zacząć od początku.
Dziś wiem, że było warto. Dobrze mi tam, gdzie Bóg mnie posłał. Wstając rano, pomimo zmęczenia nie mogę się nacieszyć, że każde wstawanie ma sens i prowadzi do celu. Doceniam to, co mam.

A zewsząd słyszę ciągłe narzekania. 
Nudzi mnie ta praca, nie mam perspektyw na rozwój, za mało zarabiam, nie ma podwyżki, nie dostanę "trzynastki"... 
Uszy mnie bolą od takich słów. Bo jak ktoś zaraz po szkole lub studiach dostał pracę "od tak po prostu" lub po znajomości i ma ją przez 10, 20 lat.. to nie wie i nie doświadczył, co to znaczy jej nie mieć, co to znaczy ją nagle stracić i być kilka lat na bezrobociu, co to znaczy chodzić z rozmowy na rozmowę kwalifikacją i z każdą odmową czuć się coraz podlej i podlej, a z każdym kolejnym miesiącem bezowocnych poszukiwań nie mieć sił wstawać rano z łóżka i nie móc znieść spotkań z ludźmi, którzy pracują i na co dzień o tej pracy rozmawiają...

Dlaczego tak mało z nas cieszy się, z tego co ma? 
Tak mało zarabiam... Ok, tylko pomyśl, że inni nawet tych 1000 zł nie dostają. Nie mają za co zapłacić mieszkania, uregulować podstawowych opłat, kupić leków, dzieciom butów na zimę...
Nudzi mnie ta praca... To ją zmień, jeśli masz taką szansę, albo pomyśl, jak byś się czuł, tej pracy nie mając...

Narzekamy na pracę, narzekamy na męża, dzieci...
Bo praca nie taka, jak byśmy chcieli, bo mąż nie taki, jak myślałyśmy, bo dzieci takie a takie...
Lubimy narzekać, bo chyba nam wtedy lepiej. Albo robimy wyścigi - kto ma gorzej.

A może powinniśmy zmienić zasady gry?
Doceniać, czym nas obdarowano.
Pomyśl. 
Jesteś zdrowy. Masz zdrowe widzące oczy - otwórz naprawdę oczy i zachwyć się otaczającym Cię światem. Masz zdrowe uszy, słyszysz - wsłuchaj się w dźwięki natury, głosy ludzi... Masz sprawne ręce - zrób z nich pożytek,przytul kogoś lub naprawdę zakosztuj czym jest zmysł dotyku. Masz sprawne nogi - wykorzystaj to. Odwiedź samotnego człowieka, który nie może chodzić lub poprzez taniec doceń to, że możesz się tak sprawnie poruszać...
Masz pracę. Jakąkolwiek. Nieważne jaką. Ważne, że rano masz po co wstać i masz gdzie iść. Jesteś potrzebny, doceniony. Spotykasz się z ludźmi. To nie takie oczywiste, jak by się mogło wydawać.
Masz rodzinę. Dzięki niej czujesz się spełniony, kochany. Masz oparcie, nawet wtedy, gdy przez Twoje życie przechodzi gwałtowna burza.

Czy to tak mało? Chyba nie. To proszę nie narzekaj.
Tak mało w nas pokory! I wdzięczności.
Bo to, co wydaje Ci się takie oczywiste, wcale takie nie jest...
A to życie, którego tak nie doceniasz w każdym momencie, może pęknąć jak bańka mydlana...

Utracona beztroska

Patrzę na zdjęcie obok... i marzę o tym, by moje oczy mogły cieszyć się takim pięknym widokiem, moje zmęczone ciało, by mogło zakosztować wypoczynku, a wyczerpany umysł mógł powrócić do równowagi...

Niestety taki PRAWDZIWY wypoczynek od kilku lat nie jest mi dany. Zawsze jest COŚ, co nie pozwala gdzieś wyjechać, zostawić za sobą pracę, dom, problemy, troski... Nie jest mi dany taki wyjazd, który byłby swoistym RESETEM.

Tak sobie myślę, że wżyciu niejednego człowieka pojawia się właśnie taki moment, kiedy o wypoczynku może tylko pomarzyć.  Cóż, takie uroki życia. Chyba tego prawdziwego dorosłego, które nacechowane jest niejednym obowiązkiem i odpowiedzialnością nie tylko za siebie.

Beztroskie lata odbijają się echem w mojej głowie. Wystarczyła spontaniczna decyzja i już za chwilę spakowana biegłam przed siebie, czy to w pobliskie góry czy w daleką podróż. Wystarczył weekend na beztroskim szaleństwie, a człowiek nabierał sił, dystansował się do wszystkiego, radość i spokój na nowo gościła w sercu.

Teraz to już nie takie proste. By gdzieś "wypaść" trzeba sporo wcześniejszego planowania, organizacji, nie ma miejsca na spontaniczność i stwierdzenie "jakoś to będzie". Wybór wyprawy czy to miejsca tez nie może być przypadkowy.
Z resztą jest nawet taki czas, że człowiek nie ma ani sił, ani możliwości, by cokolwiek zapalność, a co dopiero zrealizować.
A utęsknione weekendy też nie przynoszą odpoczynku i relaksu dla skołatanych nerwów.

Nie narzekam :) Tylko czasami tęsknię za beztroskim odpoczynkiem i swoistym poczuciem wolności :)
Mija urlop, który nacechowany był solidnym budowaniem nowej rzeczywistości.
Ta nowa rzeczywistość powolutku się normalizuje, a ja ją powolutku ogarniam.

Wypoczynek czy praca? Coś za coś. By móc cieszyć się teraźniejszością trzeba było kilka lat nieprzerwanej pracy, zmęczenia. A by móc ogarnąć tą rzeczywistość potrzeba dalszej pracy bez solidnego odpoczynku.
Czy warto? Myślę, ze tak.

Bo najważniejsze to po kilku latach znaleźć swoje miejsce na ziemi i tam budować swoje życie.
A na wypoczynek przyjdzie kiedyś czas :)

Dziecko nauczycielem życia

Bardzo lubię czerwiec. Między innymi za szczególne dni, jakie nam przynosi. 1 czerwiec -  duże święto małych istot. Dzień Dziecka.

Jeszcze całkiem niedawno (!) sama z niecierpliwością oczekiwałam, kiedy on nadejdzie. Nie liczyłam na prezenty, bardziej na sam fakt istnienia tego dnia... W tym dniu czułam się kimś ważnym, ważnym, bo mówiono o nas, zwracano na nas uwagę. Była w tym jakaś magia... Sama nie mogę wyrazić jaka...

Dziś ten dzień ma dla mnie zupełnie inne znaczenie. Nie jest być może jakimś "wyjątkowym dniem", bo uważam, że dzień dziecka jest i powinien być codziennie, ale gdy zewsząd mówi się o dzieciach, ja zmęczona tulę w ramionach mojego synka, patrzę na jego pogrążoną w spokojnym śnie twarzyczkę i popadam w zamyślenie...

Widzę doskonałą istotę. Piękne oczka, mały zadarty nosek, piękne skrojone delikatne usta, pulchne rączki, drobne stópki... Wszystko w idealnych proporcjach, nie naznaczone upływającym czasem. Samo patrzenie na śpiące dziecko napawna ogromnym spokojem i radością. Radością z jego istnienia. Taki mały cud!

Codzienność choć trudna i wymagająca przynosi wiele ukojenia dla skołatanych nerwów i dodaje nowych sił do dalszej wytężonej pracy. Wystarczy chwila spędzona z dzieckiem. Wystarczy popatrzeć na jego zabawę, fascynację wszystkim, co je otacza.
Ja tak patrzę i podziwiam. Podziwiam i uczę się wielu rzeczy na nowo.

Wczesny ranek. Ja zmęczona snem, obok spokojnie leżący mały brzdąc, roześmiany, małymi rączkami badający moją twarz. I ten słodki dziecięcy uśmiech. O źle przespanej nocy już nie pamiętam. Senność mija jak ręką odjął, zarażam się uśmiechem i z nim rozpoczynam nowy dzień.

Tulasek i buziak na pożegnanie. Balsam dla mojej duszy. I wiem, że pokonam wszelkie trudności w pracy, godziny tam spędzone przeminą błyskawicznie. Zmęczona wracam do domu, troski tłuczą się po głowie... To wszytko mija, jak przekraczam próg domu. W moja stronę biegnie roześmiany synek i wola "mama". Wszystko co było w pracy odchodzi w zapomnienie, teraz jest tylko tu i teraz. Nauczyłam się, by nie przejmować się drobnymi problemami, porażkami, nieudanymi poczynaniami. To i tak nieistotne. Praca? Sukces? Owszem ważne, ale mało. Najważniejsza jest rodzina. To tutaj w domu, przy dziecku wiem kim jestem, jaką wartość posiadam, nikt nie ocenia mnie w perspektywie tego, co zrobiłam, co osiągnęłam, a czego nie...

Późny wieczór. Ja padnięta marzę o ciszy i chwili dla siebie. W ręce trzymam książkę, a na kolana wdrapuje się synek. Wtula się w moją pierś, uspokaja i po pewnym czasie zasypia. Uwielbiam ten słodki ciężar i ten wieczorny rytuał. 
Przyznam szczerze, że chciałabym zatrzymać ten biegnący czas. By te chwile nigdy się nie skończyły a synek nigdy nie dorósł... ;)

Mój synek uczy mnie codziennie tego, że warto walczyć o swoje marzenia i że nie wolno się nigdy poddawać. Zupełnie tak jak on, kiedy próbuje zbudować wysoką wieżę czy też wdrapać się na krzesło...
Uczy mnie zachwytu nad zwykłymi sprawami, jak klaskanie w dłonie, podskakiwanie do wesołej muzyki, czy zrywanie kwiatów. 

Przede wszystkim uczy cierpliwości i pokory.
A to tylko nieliczny repertuar umiejętności, które nabyłam lub w sobie pogłębiłam :)

Jestem przekonana, że każdy następny dzień z jego śmiechem i płaczem w tle nauczy mnie o wiele więcej niż zdołam ogarnąć... 
Wiem też, że przede mną wiele wytężonej pracy i wysiłu w wychowanie dobrego i szczęśliwego człowieka.
I wiem, że żadne podręczniki i warsztaty typu "Jak wychować szczęśliwe dziecko" itp., nie nauczą mnie tego, jak ukształtować człowieka, który z ufnością i miłością do ludzi pójdzie w świat, bo są tylko suchą teorią, która w zderzeniu z rzeczywistością okazuje się totalnym fiaskiem...

Wychowanie to tajemniczy i żmudny proces. Nie da się go opisać i zamknąć w 200 stronicowej książce bądź też w kulku godzinnych warsztatach...

Czy  to wszytko ogarnę? Dam radę? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak :) Jednego jestem pewna, że odkąd jestem mamą to stać mnie na rzeczy niemożliwe :) 

Dziecko to wielki dar. Jego śmiech jest ukojeniem dla uszu i radością dla serca.
Oby każdy dzień, nie tylko ten czerwcowy Dzień Dziecka był wyjątkowym dniem dla wszystkich dzieci. I dla nas dorosłych też :)